-

Jacek-Jarecki

Negocjator. Rozdział drugi.

Przypomniałem sobie, że miałem dać drugi rozdział "Negocjatora". Jeszcze nad nim pracuję, ale niech tam, co nam szkodzi. Ogólnie jakoś tak przycichło, przygasło. Nie wiem, jak zwykle, co jest grane. 

Pisać, pisać, pisać... A czytać i tak nie ma komu. Nie dziwcie się, że tak tu pcham. To z pazerności na odbiorcę. Odkąd wywalili mnie ( karnie oczywiście ) ze stron Fantastyki, nie miałem kontaktu z opiniami czytelników. No, ale żeby mnie, pisarza w końcu, wywalili z Fantastyki. Obłęd przecież, bo ja tam nic o polityce. Ależ tam sekta, swoją drogą. Kto nie poznał klimatu miejsc, gdzie wszyscy są autorami oraz znawcami w jednym, nie wie, co to prawdziwa internetowa "schiza". Jadziem. Negocjator. Rozdział drugi, zatytułowany: "Raz, dwa, trzy!

 

Raz, dwa, trzy!

 

Herbert leżał na stercie świeżo zżętej trawy i gryząc źdźbło gapił się w niebo. Nie była to bynajmniej bezmyślna sjesta, choć opróżniony pojemnik obiadowy i trzymany w dłoni pusty kubek, mogłyby na to wskazywać. Owszem, był rozleniwiony letnią aurą, zadowolony z pomyślnie zakończonych negocjacji, ale jego myśli powoli obracały się w kierunku misji, która była podstawowym celem jego przybycia na sam kraniec strefy. Tu, gdzie sady wiśniowe kipiały owocem, a w zasięgu wzroku miał plansze, ostrzegające przed zbliżaniem się do niewidzialnej tarczy, za którą panowała dzicz, misja zdawała się wszystkim.

Sam kontrast pomiędzy uporządkowaniem sadów, a chaosem lasu - spiętrzonego, zdawającego się napierać na obserwatora, mógł przerazić nieświadomego obserwatora. Nad puszczą tańczyły w powietrzu, błyszczące światłem odbitym przecinki morderczych dronów. Przypatrywał się ich ruchom, zastanawiając się, czy akurat śledzą przemykających ukradkiem ludzi, czy może tylko pewne swego zwierzęta w niedostępnych ostojach.

A przecież chodzili, pokonywali, zdawałoby się niezdobytą zaporę tarczy. Bywał krokodylogęby brat Jan, deptał dzicz ogromny Rupert, ale też inni, gdy lęk został wyparty przez nabywaną wraz z każdą wyprawą rutyną. Najpierw pojedynczo, a potem parami, gdy Jan odkrył, że zniknięcie ze strefy dwóch czipów, mieści się w marginesie dopuszczalnego błędu systemu i komputer nie wszczyna alarmu. Co czterdzieści osiem godzin tarcza była resetowana. Cała operacja trwała trzy sekundy, a odkrycie tej luki zawdzięczali oczywiście Janowi, z jego, jak sam określał, niewielkimi zdolnościami, który włamawszy się do systemu odkrył prawidłowości harmonogramu. Twierdził, że sforsowanie zabezpieczeń było dziecinnie wręcz łatwe. Lubił przyrównywać swój wyczyn do porządków panujących w świecie zwierząt. – Od pięćdziesięciu lat, to stado nie widziało drapieżnika – mawiał, gładząc z zadowoleniem, spadającą na pierś siwiejącą brodę.

Na pierwszą wyprawę wypuścił się zupełnie sam, nie informując nikogo, o podjętym ryzyku. Ściskając w dłoni niezawodny chronometr, rzucił się w nieznane, gotowy na śmierć w płomieniu tarczy, tak jak ginęły nieuważne zwierzęta i ptaki, ale przeszedł z zapasem jednej sekundy. To były tylko trzy kroki.

Początkowo nic nie wskazywało, że na jego odkryciu i brawurze, poza ryzykowną przygodą, zyskają coś więcej, niż satysfakcję z pokonania systemu. Za pierwszym razem dosłownie utknął w kolczastej gęstwinie. Wrócił znękany lękiem, odwodniony i piekielnie zmęczony. Kolejna, odbyta już za wiedzą Piotra, okazała się bardziej udana, przynajmniej o tyle, że wybrali lepsze, prowadzące do wysokiego lasu miejsce i Jan przemierzył w czterdzieści osiem godzin kilkanaście kilometrów. Widział jelenia, łosie, a wspiąwszy się na rozłożysty dąb zauważył w oddali, snującą się nad koronami drzew smugę dymu.

Jak to często bywa losem odkrywców, decydujący o sukcesie moment nie stał się jego udziałem, a Ruperta, który uprosił, że on podejmie się wyprawy numer pięć. Jan ustąpił, choć przebywanie poza strefą stało się dla niego czymś w rodzaju nałogu, do tego stopnia, że wbrew faktom twierdził, że za tarczą oddycha się lżej, a powietrze ma zapach (wybaczcie sentymentalizm) wolności. Po drugiej stronie tarczy, na Ruperta czekali ludzie.

Akurat w momencie, gdy o nim pomyślał, Herbert usłyszał tubalny głos zakonnika. Odwrócił glowę i w prześwicie między rzędami drzew ujrzał zbliżających się przyjaciół. Usiadł i przeciągnął się błogo. To było to, na co czekał od prawie roku, od dnia, gdy przeczytał zapiski Mistrza. Wówczas nie miał pojęcia, jak wydostanie się ze strefy, a przede wszystkim, co zrobi dalej, jeśli jakimś cudem to mu się uda. Teraz miał przed sobą szeroką, jasno wytyczoną drogę, jakby przygotowaną specjalnie dla niego.

Cóż z tego, że tym, którzy wyruszyli przed nim, nie udało się niczego zdziałać? Myśliwi, wygnańcy bez wiedzy o przeszłości. Cóż z tego, że dzielni, inteligentni, szaleńczo odważni, skoro świat nawet nie drgnął w posadach. Albo dwaj ostatni, pozornie lepiej wyposażeni zakonnicy, których wyprawa budziła tak wielkie nadzieje. Poszli, przepadli kamieniem w wodę. Nie pojawiła się ni zmarszczka, ni krąg najmniejszy na tafli jeziora czasu. Gdy rozmawiał z ich ciałami, obecnie zajętymi przez świadomości, czy jak chcieli księża, przez dusze ich przodków, zdawało mu się, że rozumie, z jakimi siłami musi zmagać się człowiek, który dociera na miejsce. Tłumaczył sobie, że w końcu jest negocjatorem czwartego stopnia, ale w jakim stopniu miało mu to ułatwić zadanie, miał się dopiero przekonać.

Ludzie z przeszłości, brutalnie wyrwani spośród codziennych zajęć, płacili wysoką cenę przerażenia i traumy, tygodniami zmagając się z powrotem do rzeczywistości. Ich wspomnienia niewiele wnosiły do obrazu świata, w którym miał się zanurzyć. Rwane, niepewne, zawierały z jednej strony wiele luk, z drugiej zaś, wprowadzający zamęt nadmiar, wynikający z pomieszania realnych zdarzeń z fikcją literacką i medialną. Od drobiazgowości, do nic niewnoszących ogólników. Ale żyli! Byli dowodem, że skok w czasie nie jest skokiem w śmierć, czy ostateczne szaleństwo. Po rekonwalescencji, powoli wtapiali się w społeczeństwo, nabywali przydatnych tu umiejętności, a ich świadomość wypełniała się z dnia na dzień doświadczeniem teraźniejszości.

Herbert rozmawiał z nimi, próbując wczuć się w czas i przede wszystkim w język, jakby nie patrzeć, w stuletnią polszczyznę. Z ulgą stwierdził, że to drugie nie było specjalnie trudne. Paradoksalnie, pomagało wyparcie języka narodowego z codziennego użytku, konserwujące jego stan sprzed bez mała dwóch pokoleń, w związku, z czym pracował głównie nad wyparciem obcego akcentu i zwyczaju wtrącania angielskich słów.

- Przechodziłem z worami elektroniki, to i z Herbertem przejdę – ogłosił zbliżający się Rupert.

- Przejdziemy – powiedział Negocjator, wstając.

- Przed godziną, tuż za tarczą, drony stwierdziły wysoki stopień ludzkiej aktywności. W kierunku wschodnim przemieszczała się dwudziestoosobowa grupa ludzi. Ktoś mocno ryzykuje, balansując na granicy życia i śmierci, ale to z pewnością nie są nasi, tylko cholerni nomadzi – zakomunikował brat Jan.

- To stwarza zagrożenie dla naszej jutrzejszej misji? – spytał Herbert.

- Nie, o ile to nie jest awangarda liczniejszej wędrówki. Gdybyście za tarczą wpadli na taką bandę, mógłby zareagować system, uznając masę krytyczną za przekroczoną. Byłoby po nich i po was. Nawet nie chcę o tym myśleć.

- Dronik odesłałby nas do piekła – bezceremonialnie stwierdził Rupert. – Zresztą – dodał z rozbrajającym uśmiechem, – jeśli chodzi o mnie, raczej do nieba, które i tak jest celem mojej ziemskiej tułaczki.

Herbert zrozumiał, że nastąpiła zmiana planu i nie brat Jan będzie jego towarzyszem, a Rupert. Spojrzał pytająco w oczy brodatego naukowca.

- Za duża aktywność, zbyt wiele dzieje się po tamtej stronie. To nie tylko ta grupa, która przeszła kilka minut po jedenastej. Są i mniejsze kręcące się w okolicy, stąd dodatkowe drony. Muszę zostać i nasłuchiwać, by was, w razie czego, powstrzymać przed skokiem. Przy tym nikt mnie nie zastąpi, a nasz Rupert będzie ci doskonałym towarzyszem, lepszym o tyle, że jeśli doszłoby do jakiegoś mordobicia, jest znacznie skuteczniejszy ode mnie.

- Ale ty…- zaczął Herbert.

- Przecież to ich maszyna. Wynalazek naszych wspaniałych dzikich braci. Ja tylko dostarczyłem lepszego materiału, niż ten, którym dysponowali.

Herbert pokiwał głową i nawet uśmiechnął się z aprobatą, nie chcąc urazić Ruperta, ale jego optymizm nieco przygasł. Jan stał się dla niego autorytetem, szczególnie w kwestiach dotyczących przemieszczenia się w czasie, a Rupert był tylko i aż doskonałym towarzyszem. Znał z relacji, filmów i zdjęć podziemne laboratorium dzikich. Poznał maszynę i jej działanie. Na ekranie komputera, wiele razy oglądał sam proces przejścia. Znał twarze, głosy, charakterystyczne gesty, obsługujących ją naukowców, a oni znali jego. Wysłuchał wykładu ich głównego inżyniera. Był przygotowany i wszystko było w porządku, ale przywiązał się do myśli, że nim zamkną nad nim pokrywę wielkiej rury, będzie mógł uścisnąć dłoń krokodylogębego zakonnika.

Osobiście nigdy nie przekraczał granicy strefy, ponieważ jego przebity na chrześcijanina chip był nietypowy, zachowując gwiaździstą strukturę Negocjatury, w związku z czym istniała niepokojąca możliwość, że jego kroki mogły być śledzone w jakiś specjalny, wykraczający poza standard sposób. Niby dość to było nieprawdopodobne, ale na wszelki wypadek ojciec Piotr zdecydował, że jego pierwsza wyprawa będzie zarazem ostatnią. Zbyt wielkie nadzieje pokładano w hartowanym umyśle Negocjatora, by ryzykować interwencje Centrum.

Stali we trzech pośród wiśniowego sadu. Herbert zdał sobie sprawę, że to ostatni raz, że jutro skoro świt wyruszy w nieznane. – W ciemność, w ciemność – bezwiednie wymruczał pod nosem.

- By stała się jasność – dorzucił Rupert, który dysponował zarówno tubalnym głosem, jak i niezwykle wyostrzonym słuchem, co nieczęsto chadza w parze.

Ich ostre, krótkie cienie zafalowały. Ruszyli powoli, krok za krokiem, wśród ćwierkania wróbli, szumu gałęzi ożywionych nagłym podmuchem gorącego, jakby pustynnego wiatru. Upojeni zapachami lata i ulotnością chwili, zmieszaną ze smutkiem zbliżającego się ostatecznego rozstania. Początkowo milczeli, aż Jan, zmęczony narastającym sentymentalizmem samej sceny i ciszy, która rosła między nimi, rozpoczął nieco mechanicznym głosem, kolejną, setną chyba powtórkę dawno przerobionego materiału, choć doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że pamięć Herberta jest niezawodna w stopniu nieosiągalnym dla niego samego.

- Sześć pewnych skrytek, które przygotujesz i przez które będziesz wysyłał nam wiadomości. W danych czasach, w powszechnym użyciu były lokalizatory zwane Dżipiesami, których szczegółowe namiary wraz z charakterystyką miejsc, pozwolą ci w niezawodny sposób…

- Wiem, wszystko wiem – odparował szybko Herbert, ale znając Jana, zdawał sobie sprawę, że ten nie ustąpi, dopóki on nie powtórzy szczegółowo wszystkich parametrów i opisów.

- Dzień jest dniem, ale pamiętaj, że to równe, co do minuty, sto lat.

- A słyszał ty kiedy o przetrenowaniu, o nadmiarze powodującym zakwasy? – wtrącił Rupert, który tyle razy słyszał te dane, że sam potrafił płynnie je powtórzyć. – W dawnych czasach, gdy obrażałem świat swą cherlawą chudością i dopiero zaczynałem robić siłkę dla Jezusa…

- Siłkę dla Jezusa? – zdziwił się Herbert i powtórzywszy to osobliwe określenie, roześmiał beztrosko, niwecząc edukacyjne plany brata Jana.

- Ten to wymyślił – Rupert wskazał zakonnika. Niby, rozumiesz, w dawnych czasach żył taki dziennikarz, który przechwalał się, że codziennie robił siłkę dla Polski. Ja tylko podchwyciłem idee.

- Zwróć uwagę, jakie pierdoły przenosi fala czasu – zauważył Jan, zwracając się do Herberta. – Tak mało wiemy o świecie sprzed przemiany, ale ocalała przypadkowa strona gazety, której nie znamy nawet tytułu, a z nią ocalała ta „siłka dla Polski”. I teraz nasz siłacz to przejął. Nie zginęła, bo ktoś zawinął w nią komputerową mysz. Archeologia anegdotyczna nam nie pomoże. Mnie przeraża myśl, że dotychczas nikt nie przekazał, choć słowa, dlatego powtarzam z uporem maniaka, choć wiem, że znasz namiary na pamięć.

Ta uwaga brata Jana zważyła nastrój, a Herbert poczuł się trochę jak skazaniec, prowadzony na szafot. Dzicy wysyłając swoich, nie dysponowali tak szczegółowymi namiarami, ale bracia Melo i Krystian już tak. Ostatni odszedł trzy miesiące przed obecnie planowaną wyprawą i Negocjator osobiście uczestniczył w ostatniej fazie przygotowań. Znali dokładne dane kwartetu pradziadków Krystiana. Wszyscy mieszkali przed stu laty w obrębie Poznania.

Wszystko zdawało się idealnie przygotowane, nawet w porównaniu z obecną sytuacją Herberta. Tyle tylko, że po wymianie, w ciele młodego zakonnika zamieszkała jaźń zgoła innej, nieprzewidzianej w ich kalkulacjach osoby. Przodkiem Krystiana, który okazał się mu najbliższy był Argentyńczyk, co bardzo utrudniło sprawy, uświadamiając im przy okazji bardzo prostą rzecz, o której, może dlatego, że jakby nie patrzeć byli zakonnikami, wcześniej zupełnie nie pomyśleli. W tej grze nie liczyły się metryki, a realne następstwo pokoleń. Okazało się, delikatnie rzecz ujmując, że prababka odważnego zakonnika, nie do końca była wierna zacnemu pradziadkowi. Nie robiłoby to wielkiej różnicy, gdyby pula genetyczna nie była tak odległa. Gdy w końcu bełkot sprowadzonego w ciało Krystiana antenata zaczął przypominać ludzką, choć nieznaną im mowę, przy pomocy specjalnie sprowadzonego księdza lingwisty, którego w związku z dopuszczeniem do tajemnicy trzeba było zaprzysiąc i dołączyć do ekipy, dowiedzieli się, że jaźń Krystiana przeniosła się do Cordoby roku pańskiego dwa tysiące dwudziestego. Tam, nie znając języka, ani argentyńskich realiów musiał natrafić na dodatkowe, trudne do przezwyciężenia kłopoty. Skąd wziął się niechciany pradziadek w Poznaniu? Nic sensacyjnego. Przybył, jako aktor eksperymentalnego teatru, żeby wystąpić na dorocznym festiwalu. Bywa i tak.

Nasuwające się pytanie, czy Herbert mógł zaufać cnocie i przekonaniom moralnym swoich przodków na razie pozostawało bez odpowiedzi, ale przynajmniej był przygotowany na podobną niespodziankę, a to już było coś. Zapoznał się z wszelkimi możliwymi do zdobycia w ich strefie dokumentami, dotyczącymi interesujących ich lat. Tyle tylko, że podobnie jak pamięć przeniesionych, materiały te, w efekcie kasacyjnych sukcesów Wielkiej Przemiany, były dalece niekompletne. W zasadzie przypominały rozrzucone puzzle, na dodatek pomazane kredkami przez złośliwego bachora. Nic dziwnego, że wszyscy wtajemniczeni zgodnie podkreślali, że w przypadku eskapady negocjatora, główną podstawą ich optymizmu, był właśnie jego wyszkolony umysł. Rzecz tkwiła nie w samej podróży w przeszłość, ale w skutecznym zahamowaniu zmian, które przed stu laty pchnęły ludzkość w niepożądanym wedle nich kierunku.

- Choćbyśmy mieli się nigdy nie narodzić – mawiali, zaciskając zęby, za nic mając straszne, choć tylko teoretyczne paradoksy ingerencji w dawno przebrzmiałe wydarzenia. Na razie próby zawiodły. Motyl nie zamachał delikatnymi skrzydełkami i świat tkwił w opresji rządów dziwacznych elit, ostatecznych norm, podziałów i ukrytego kanibalizmu.

- W razie czego będziesz negocjował – zaśmiał się Rupert, który przy każdej okazji lubił powtarzać swój żart, którym, o ile nie liczyć rozmowy przy konfesjonale i ciosu w potylicę, zapoczątkował ich wzajemne stosunki. Było w tym fakcie coś przewrotnego, ale ustalono, że o ile Herbertowi powiedzie się na tyle, że przekaże im jakąkolwiek informację, jako kolejny w podróż wyruszy właśnie Rupert.

- Stworzysz mi gniazdo, w którym pojawię się niczym potężny pisklak, a wtedy niech drżą źli i obojętni! – groził, za nic mając oczywisty fakt, że jego przodek nie musi okazać się równym mu siłaczem. – Mój ojciec też krzepki jest – odpowiadał beztrosko na podobne zastrzeżenia, dodając, że w razie czego, zawsze może od nowa rozpocząć treningi.

* * *

Zapadał zmierzch. Jan skalibrował aparaturę. Przejrzał raporty, mapy i wykresy tendencji wysyłane do Centrum przez drony a gdy skończył pracę, dołączył do przyjaciół siedzących na schodach drewnianego ganku. Na zachodzie błękit zmagał się z czerwienią, wieczór był bezwietrzny i ciepły. Jaskółki wzbijały się wysoko, by kołować po swych nieokreślonych orbitach.

- Na pogodę – stwierdził Rupert.

Robotnicy dawno skończyli pracę i z niskich, acz solidnych baraków dobiegały odgłosy wieczornej krzątaniny. Śmiechy, ponaglenia, zwoływanie dzieciarni na kolację. Kilka kroków od ganku młoda kobieta zdejmowała ze sznurów białe płachty prześcieradeł i składała je starannie w zbyt wielkim wiklinowym koszu. Na moment Herbert pochwycił jej zabarwione ciekawością, ale wciąż zdystansowane spojrzenie.

- Ojciec Piotr przekazał mi prośbę. Otóż, skoro odchodzisz, możesz chyba powiedzieć, co skłoniło cię do odejścia z Negocjatury, przyjęcia chrztu i pozostania między nami, jako zwykły śmiertelnik.

- To żadna tajemnica. Mogliście wcześniej zapytać. Porządkując rzeczy Mistrza, znalazłem jego zapiski. Ni to list, ni testament. Większość znacie, bo inaczej skąd wziąłby się wasz udział w tym desperackim projekcie. Rozerwanie ludzkości na strzępy, skrajna uniformizacja, hekatomba żyjących poza strefą. Dla mnie, którego wychowano na beneficjenta systemu, którego wyszkolono dla łagodzenia zupełnie nieistotnych, w tym szerszym kontekście. problemów. Wyobrażacie sobie, co czułem, gdy okazało się, że Mistrz, mój najwyższy autorytet, wiedząc o takich rzeczach, nadal służy najpilniej i tylko przed samym sobą… Nawet teraz trudno mi o tym mówić. Cała ta krew, rzeki krwi przelanej, by zadowolić garstkę ludzi. Potworów raczej. I ja w tym. Chętny, gotowy by doskonalić.

- Źle oceniasz swojego Mistrza, niesprawiedliwie. Ale skończ, wyrzuć to z siebie – wtrącił Jan, nie podnosząc wzroku.

- Jeszcze dwie, drobniejsze kwestie, które nigdy nie padły w rozmowach między nami. Po pierwsze, nieśmiertelność to bujda. Owszem, dysponują kuracją przedłużającą życie do jakichś stu czterdziestu, stu pięćdziesięciu lat. Nikt zresztą nie zna ostatecznej granicy, ale rzecz w cenie, która jest okrutna. Tylko niewielu z pierwszej fali trwa nadal, reszta została uśpiona w ciągu czterdziestu lat od zyskania nieśmiertelności. Pojawia się skaza, prowadząca najpierw do dziwacznej demencji, która pozwala nadal jasno myśleć, odcinając rozum od ciała, nad którym nieśmiertelny przestaje zupełnie panować. Dalej jest czysta zwierzęca furia, przejawiająca się niepowstrzymaną autoagresją. Gryzą, szarpią swoje ciała, żrą własne mięso, piją krew… Taki jest koniec marzenia o ludzkim raju. Was to nie dotyczy, a mnie razem z wami, bo zrezygnowaliśmy z tych dobrodziejstw. – Herbert umilkł, oddychając ciężko, jak po krótkim intensywnym sprincie. Patrzyli teraz na niego, a on zdał sobie sprawę, że mówił zbyt głośno. W otwartych oknach sąsiedniego baraku pojawiły się ciemne sylwetki niechcianych słuchaczy. Otarł wierzchem dłoni usta i skończył prawie szeptem:

- Drugie, to kanibalizm. Sektory hodowlane, ze względu na szczupłość miejsca, nie potrafią do końca zaspokoić potrzeb. To żadna tajemnica, że maszyny polują poza tarczą, tworząc tymczasowe zasłony, wewnątrz których dokonują masowej rzezi zwierząt. Tyle, że są tak skalibrowane, że nie gardzą też ludzkim mięsem.

- My żywimy się tylko…- Jan krzyczał, ale na szczęście Rupert zareagował błyskawicznie, zatykając mu usta.

- Wy chrześcijanie żyjecie na najwęższym skrawku wielkopolskiej strefy, a w większości stref, nawet nie ma, choć symbolicznego działu przynależącego religii – wtrącił Herbert. - Macie swoje ogrody, stada, trzody. Towar wymieniacie na towar i nie przyjmujecie mięsnej pulpy. Ha, jak zwykle możecie się czuć wyższymi…

- Zaprawdę ciekawość prowadzi do piekła – wtrącił milczący dotychczas Rupert i splunął na trawnik. – Bywało się tu i ówdzie z towarem, w gościnie podejmowali tym i owym…

- I jaki twój grzech? – spytał Herbert, w tym momencie sam niezadowolony z tego, co przed chwilą powiedział. Wspomnienie o kanibalizmie było niepotrzebne. Wpadł w sidła własnej retoryki, używając zwrotu: „po pierwsze”.

- Nie mogę pojąć, dlaczego? Po co to wszystko? Cała wielka przemiana, te kłamstwa… Tyle lat. Pokolenia przecież… - Jan mówił przez zaciśnięte gardło i Herbert nie musiał zaglądać mu w twarz, by wiedzieć, że zakonnik płacze. Spojrzał za to w oczy Ruperta, który miał moc rozładowywania napięć, sprowadzenia problemu do właściwych wymiarów, ale ten wzruszył tylko bezradnie ramionami.

- Koncentracja środków, bajki – rzucił Negocjator.

- Środków? – Jan spojrzał bystrzej, ocierając oczy.

- Tak się kończył świat. Enklawy bogactwa i władzy kontra niezadowolona, milionowa hołota. Na co pieniądze, skoro nikt, choćby był najważniejszy, nie mógł robić, co chciał, bo władzę dawały te tłumy. Sądzę, że wyczerpały się zasoby środków, dzięki którym poskramiano niewczesne aspiracje tłumów. Silni musieli w końcu znaleźć sposób okiełznania tej dziczy.

- Rządy plebsu, wbrew faktom, nazywano demokracją. Teraz to słowo zakazane – Jan skrzywił się odruchowo, gdy je wypowiadał.

- A co jest dozwolone? – wtrącił się Rupert. – Zjadłeś nadprogramowe jajo! – Kucharz dzisiaj do mnie. Rozumiecie, o jedno jajo awantura. Leżały ułożone w zgrabny stosik. Ugotowane na twardo, obrane ze skorupek. Przechodziłem obok i nie byłbym sobą, gdybym jednego nie połknął, a ten na mnie z mordą, że policzone.

- W sumie, skoro zjadłeś, ktoś inny…

- Przecież tu nie chodzi o jajo – obruszył się Rupert. – Ze wszystkim tak jest. Normy, analizy, tabelki. Tego nie wolno, tamto znowu zakazane pod karą, a jak coś dozwolone, to tego nikt nie chce. A przynajmniej, nie ja.

* * *

Na kolację zjedli po dwa zimne i jaja i misce owsianki. Wbrew głośno wyrażanym obawom, Rupert nie został skrzywdzony przy podziale jaj.

- Mają jednak sumienie – zauważył olbrzym, na co wychylił się przez okienko rumiany kucharz o złośliwym wyrazie twarzy, z wierszowaną dedykacją, od kury dla Ruperta. Wierszyk miał być dowcipny, ale nawet na postronnych słuchaczach sprawił przygnębiające wrażenie. Drobny, siedzący pod oknem mężczyzna, poprosił kucharza, by ten przekazał kurze, że wulgaryzmy i drewniane rymy, obniżają wartość kurzej poezji.

Jeszcze przy stole Herbert zadał pytanie, które nurtowało go prawie od samego początku. Uznał, że skoro wyznał powody odejścia z Negocjatury, ma prawo usłyszeć, co sprawiło, że natychmiast, bez szczegółowego badania, bez żadnych korowodów, przysiąg czy zaklęć, został dopuszczony do tajemnicy spisku, o którym wiedziała garstka wybrańców.

- Sądziłem, że jest to dla ciebie jasne – zdziwił się brat Jan. – Tej nocy, gdy spałeś powalony przez naszego dzielnego Ruperta, mistrz negocjatury osobiście przekazał na ręce ojca Piotra rekomendację dla ciebie, jako człowieka godnego zaufania. Nie znam szczegółów, bo rozmawiali w cztery oczy, ale to, co Piotr nam powiedział wystarczyło.

- On wie o planach odwrócenia historii?

- Oczywiście. Współpracował przez lata z naszymi dzikimi braćmi, a kiedy jego kanały kontaktowe zostały zamknięte przez system, zwrócił się przez Ojca Piotra, o pomoc do mnie, niegodnego. Dzięki niemu wiedziałem, gdzie w ogóle szukać zabezpieczeń, które miałem obejść.

- Mam rozumieć, że to Mistrz mnie wybrał do tej misji?

- Sądzę, że tak. W każdym razie, to on przekazał nam dossier, dotyczące ciebie, jak i twoich przodków.

Herbert o nic więcej nie pytał. Dalsze dociekania nie miały sensu, skoro decyzje zostały podjęte. Ciemność za oknami stołówki zdawała się wołać o nadejście świtu. O rozstrzygnięcie, jakie ono by nie było. Widział już siebie, kroczącego ulicami dawnego, na skroś otwartego świata, znanego mu z prasowych wycinków, map i powieści. Zdając sobie sprawę z czyhającego nań niebezpieczeństwa, zwiastowanego przez serię beznadziejnych porażek, za nic w świecie nie wycofałby się z czekającej go próby. To, że inni nie dali rady, tylko utwierdzało Herberta w słuszności swojego wyboru. Nie był wzorem skromności, gdyż ani na moment nie opuszczało go przekonanie o własnej sprawności, która pozwoli mu nie tylko przetrwać, ale przede wszystkim zapoczątkować proces, który uniemożliwi, a przynajmniej znacząco wpłynie na proces wielkiej przemiany.

* * *

Na pożegnanie Jan uścisnął im dłonie. Długo patrzył wprost w oczy Herberta i temu przemknęła przez głowę myśl, że za chwilę usłyszy powtórkę z namiarów lokalizacji skrzynek kontaktowych, ale zakonnik ograniczył się do krótkiego: - Pamiętaj!

Po chwili, gdy ruszyli, już do ich pleców zawołał, żeby Bóg ich prowadził i Negocjator uświadomił sobie, że brak, czczość, którą odczuwał, a której nie potrafił dotychczas odczytać, wynikała z nieobecności, podświadomie oczekiwanego wśród ludzi żyjących w tej akurat strefie, aspektu religijnego. Odwrócił się i pomachał przyjaźnie ręką, stojącemu w świetle lampy brodaczowi.

Szli w kierunku czerwieniejącego świtu, brodząc w niskiej mgle i rosie, która nim weszli między rzędy owocujących wiśni sprawiła, że przemoczyli nie tylko letnie, dziurkowane półbuty, ale i spodnie do kolan. Rupert narzekał na własną głupotę:

- Trza było iść na bosaka, dla suchości – powtarzał, podczas gdy Herbert, który pierwszy raz miał przekroczyć granicę wyznaczoną przez tarczę, cały czas sprawdzał swój ekwipunek. Zegarki, blokada zakłócająca sygnał osobistego chipsa, pakiecik z prowiantem na jeden dzień, odporne na wilgoć zapałki, przytroczony do uda, ukryty w skórzanej pochwie potężny nóż myśliwski. Niewiele tego było, ale nie opuszczało go dziwaczne wrażenie, że czegoś zapomniał. Jego towarzysz dźwigał dodatkowo prawdziwie muzealny okaz flinty. Osiemnastowieczną skałkówkę, znalezioną podczas porządkowania podziemi kościoła, którą tylko on potrafił się posługiwać. Żartobliwie tłumaczył, że wziąłby zamiast niej łuk, ale w końcu mieli, jakby nie patrzeć, dwudziesty drugi wiek i nie wypadało popadać w tak jawną dzikość.

Na miejsce dotarli na kwadrans przed resetem. Zatrzymali się przed wąziutkim pasem wypalonej ziemi, który mieli przeskoczyć w czasie magicznych trzech sekund i nie było to zadanie specjalnie trudne do wykonania.

- Byle się nie potknąć, byle nie upaść, a przejdziemy z zapasem – zapewniał Rupert. Nie widzieli, czy po drugiej stronie ktoś na nich czeka, ponieważ tarcza miała taką właściwość, że absolutnie przezroczysta z oddali, w miarę zbliżania się mętniała, a z bliska przypominała taflę sprasowanej mgły. Trzysekundowy reset nie zmieniał tej charakterystyki ani na jotę.

Zachrzęściło walkie - talkie Ruperta i głos Jana poinformował, że po drugiej stronie, przynajmniej na wprost nich nikogo nie ma. Niepokoił go nieco zbyt ożywiony, jak na tę porę dnia ruch dronów, ale niekoniecznie oznaczał przemieszczanie się grup ludzi. Równie dobrze, mogły być to zwierzęta, ponieważ do Centrali nie spływały żadne konkretne raporty. Herbert słuchając krótkiej wymiany zdań, uświadomił sobie, że zapomniał wziąć swojego radia. Nie miało to większego znaczenia, skoro mieli wędrować razem, ale przy jego wytrenowanej pamięci, sam fakt był niepokojący i świadczył o tym, że choć nie do końca to sobie uświadamiał, stres, któremu przez ostatnie dni podlegał, był silniejszy niż sądził. Informację o popełnionym błędzie, Rupert zbył wzruszeniem ramion.

- I tak wszystko już wiemy, a moja w tym głowa, żebyś się nie zgubił – powiedział spokojnie i ziewnąwszy przeciągle, wykonał kilka rozciągających ćwiczeń. Herbert poszedł za jego przykładem. Do resetu brakowało dwóch minut.

* * *

- Ruszamy, gdy powiem jeden – zapowiedział zakonnik. Już pochyleni, gotowi do skoku, Rupert wpatrzony w idealnie dostrojony chronometr, zaczął odliczać od dziesięciu:... Sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden! I ruszyli!

Rozpęd zaniósł Herberta między kolczaste zarośla. Potknął się i upadł, gniotąc wybujałe pędy jeżyn. Poczuł dziesiątki drobnych ukłuć i odruchowo przewrócił się na plecy, wyciągając ku niebu otwarte dłonie. Jego prawicę chwycił Rupert i jednym szarpnięciem wyrwał go z opresji, stawiając na nogi.

- Mówiłem, zaraz hamuj, tu nie ma co szaleć. Trzy sekundy… - roześmiał się. – Dobrze, że nie walnąłeś łbem w pień drzewa. – Wyjął z kieszeni dużą kraciastą chustkę, chcąc podać ją Negocjatorowi, ale w końcu, nim to zrobił, otarł nią krew z płytko zranionego policzka Herberta.

- To drobnostka, nic mi nie jest – powiedział przykładając chusteczkę do otarcia, a potem z namysłem oglądając niewielki wykwit krwi na materiale. Jednak nim ruszyli Rupert wyegzekwował na nim przemycie drobnych skaleczeń płynem odkażającym. Herbert czyniąc za dość poleceniu towarzysza, wpatrywał się w szarą taflę tarczy, która po resecie zdążyła odzyskać pełną moc. Z bliska widział dziesiątki drobnych rozbłysków, gdy podniecone letnim porankiem owady zderzały się ze swoim przeznaczeniem. Odetchnął z ulgą, na myśl, że wszystko wskazuje na to, że było to jego pierwsze i ostatnie przejście przez tą przeklętą zasłonę.

Zakonnik rozglądał się za przewodnikiem, który zgodnie z niepisaną tradycją powinien czekać na nich po tej stronie. Jego obecność nie była konieczna, ponieważ Rupert znał drogę, ale dotychczas zawsze czekał w tym miejscu, co najmniej jeden uzbrojony mężczyzna. W końcu chrząknął i zauważył:

-Nikogo nie ma. Trochę to dziwne, ale zaczekamy chwilę, bo nie chciałbym okazać, że lekceważymy starania naszych przyjaciół o zapewnienie nam bezpieczeństwa. W razie czego trafię bez pudła.

Herbert znużony widokiem migotliwej hekatomby latającej drobnicy, odwrócił się twarzą w kierunku lasu. Na pierwszy rzut oka gęstwina wydawała się być nie do przebycia. Musiał w związku z tym przybrać odpowiednią minę, bo jego przyjaciel zareagował natychmiast:

- Wyszliśmy na wiatrołom, ale dalej jest ścieżka. Wzdłuż tarczy jest najgorzej, bo w czasie burzy ściąga pioruny, a nacisk odbitego wiatru tworzy wiry, ale dalej to żadna dżungla, tylko nasz zwykły polski las. No, prawie…

Ledwie to rzekł, jakiś przedmiot ze świstem przemknął pomiędzy nimi, tak blisko twarzy zakonnika, że ten czując pęd powietrza, a może wiedziony instynktem, natychmiast runął na ziemię, a Herbert za nim. Padając, kątem oka zauważył płonącą, odbitą od tarczy strzałę. Błękitne lotki stabilizatorów nie pozostawiały cienia wątpliwości, czym przed chwilą był ten, skruszony w żarze przedmiot, który sekundę wcześniej o włos minął głowę Ruperta.

Zakonnik, leżąc na boku, z wprawą, o którą wbrew jego zapewnieniom, zgoła go nie podejrzewał, załadował starodawną strzelbę i przyłożywszy do ramienia, pilnie lustrował wiatrołom, w którego chaosie krył się najpewniej napastnik. W lesie zdawała się panować absolutna cisza. Zamilkły ptaki, nie trzasnęła ani jedna łamana gałązka.

- Jest źle – szepnął Rupert, nie siląc się na dalsze wyjaśnienia.

Trwali w tej obezwładniającej ciszy przez dwie, może trzy minuty. W końcu Herbert, ostrożnie podczołgał się do zwalonego pnia, za którym krył się jego towarzysz i wyjawił mu swój nieskomplikowany plan. Rupert kiwnął głową, na znak zrozumienia i akceptacji.

- Kto strzelał? Czego chcesz? – spytał, nadając głosowi męską, zdecydowaną barwę.

Nic. Żadnej reakcji, ale jego głos sprawił, że las, jakby przemógł wahanie, w którym zastygł, ożył, co wcale nie było korzystne, biorąc pod uwagę, że łucznik mógł teraz łatwiej się przemieścić.

- Przychodzimy w pokoju – spróbował inaczej.

Nic. Oświadczenie o pokojowych zamiarach, nie zrobiło na napastniku najmniejszego wrażenia. Gdzieś tam był. Spięty, dzierżący w dłoniach łuk, gotów w ułamku sekundy wypuścić śmiercionośną strzałę. – Napięta cięciwa drży – pomyślał i odruchowo przykurczył nogi. Herbert, poza ogólnym kierunkiem, nie potrafił określić, z jakiej odległości padł pierwszy strzał. Od najbliższego spiętrzenia pni, które w jego oczach uchodziło za najodpowiedniejszą kryjówkę, dzieliło ich około czterdziestu metrów, ale niewykluczone, że strzelec przykucnął, ukryty w gąszczu zieleni, albo właśnie czołgał się bezszelestnie, by zajść ich z boku, nie mogąc dosięgnąć ukrytych za powalonym, zmurszałym drzewem. Nie miał chwili do stracenia. Sięgnął po odartą z kory gałąź, ściągnął przez ramię niewielki plecak z przygotowanym na drogę jedzeniem i osobistymi drobiazgami, a potem rozpiął guziki bluzy i przekładając się z boku na bok, w końcu zdarł ją z siebie. Rupert widząc manipulacje Negocjatora, aprobująco uniósł kciuk i maksymalnie skoncentrowany, wpił się wzrokiem, przez prymitywne przyrządy celownicze w chaos wiatrołomu. Herbert sklecił kukłę, przypominającą stracha na wróble i leżąc na plecach odezwał się ponownie:

- Pogadajmy. Tylko nie strzelaj! Mamy pokojowe zamiary i niczego wartego ludzkiego życia przy sobie. Chcemy tylko przejść. – Tym razem mówił łagodnie, zabarwiając swój głos delikatnym odcieniem lęku. Doskonale rozumiał, że wszystko zależy od koordynacji, a szansa na powodzenie była tylko jedna.

- Pogadajmy – powtórzył, jednocześnie podnosząc przygotowaną kukłę.

Dwa kolejne wydarzenia zaszły do tego stopnia równocześnie, że zlały się w jedno. Gdyby nie znał koniecznego w tym przypadku następstwa zdarzeń, trudno byłoby mu rozszyfrować, co było skutkiem, a co przyczyną. Świst strzały, nim zdążył wybrzmieć, został pożarty przez huk wystrzału. Grot, trafiając w plecak wyrwał mu kukłę z rąk, a nim ta sięgnęła ziemi, rozległ się krótki, przerażający wrzask, który po chwili dzwoniącej w uszach ciszy, powrócił wyciem i chaotycznym skamlaniem rannego napastnika. Nie znał się, nigdy nie był w podobnej sytuacji, ale nie miał wątpliwości, że to nie oszustwo czy pułapka, a prawdziwy ból i prawdziwa śmierć. Rupert zachował zimną krew o tyle, że nim wstał, ponownie załadował strzelbę. Tym razem nie szło mu to tak wprawnie jak poprzednio, ale w końcu wykonał trzęsącymi się rękami, cały ten korowód czynności, umożliwiający zabijanie, podczas gdy tamten wył nieludzko, na przemian klnąc i wzywając Jezusa.

Widząc wstającego Ruperta, próbował pójść za jego przykładem, ale dwukrotnie nogi odmówiły mu posłuszeństwa i musiał skorzystać z wyciągniętej dłoni towarzysza. Przemknęło mu przez myśl, że niewiele potrzeba, by zmienić go w nieprzydatnego tchórza. Jeden wystrzał, dwie niecelnie wypuszczone strzały i było po nim. Mylił się o tyle, że nie zagrożenie życia, a wrzask rannego, był przyczyną jego nagłego osłabienia.

- Strzelałem w ruch liści, w ostatniej chwili musiał skorygować celowanie – niezgrabnie wyjaśnił Rupert.

Przedzierali się przez zasieki jeżyn w kierunku zawodzącego teraz głosu. Olbrzymi zakonnik szedł pierwszy, cały czas omiatając wiatrołom wylotem lufy. Trafnie określili miejsce, skąd ich prześladowca wypuścił ostatnią w życiu strzałę. Porośnięty młodymi olchami stos zmurszałych pni przypominał układem bierki wypuszczone z nagle otwartej dłoni dziecka.

Młody, mniej więcej dwudziestoletni, przeraźliwie brudny i zarośnięty chłopak, ubrany w prymitywnie zszyte z płatów skóry portki i podobny, rozpięty teraz kaftan, leżał niczym w kołysce, wpasowany między porośnięte mchem pnie. Tracił siły i już tylko jęczał. Ciemna krew wylewała się niespiesznie spod kurczowo zaciśniętych na ranie palców. Spływała niżej, wprost do królestwa mrówek i robaków. Herbert z dziwną wobec całej sytuacji przykrością zauważył, że u prawej dłoni umierającego brakuje dwóch palców. Ciemne, prawie czarne oczy chłopaka błądziły wzrokiem po dziwnych, tylko jemu wiadomych orbitach, ani na moment nie koncentrując się na sylwetkach pochylonych nad nim mężczyzn.

- Pewnie nie ma połowy pleców – szepnął Rupert i dodał: - Mój Boże, taki młody, mogłem…

- Dobij! – wychrypiał ranny. Choć Herbert był pochylony nad konającym, wydało mu się, że głos dochodzi z daleka, gdzieś zza drzew, może niesiony niezliczonymi echami, podczas gdy jego źródło jest poza gęstwiną, na polach, bezkresnych łąkach.

Rupert oprzytomniał. Zrzucił plecak i wydobył z niego pakiet opatrunkowy, którego skromne rozmiary, mogłyby zostać poczytane za kpinę z rozmiaru rany, zadanej przez solidną, osobiście odlaną przez zakonnika kulę.

- Dobij! – powtórzył tamten, ale oczywistym było, że ten niegodny czyn, podobnie jak niepodjęta w końcu próba założenia opatrunku, nie był w tej sytuacji nikomu i do niczego potrzebny.

Rupert uklęknął, a właściwie oparł się kolanami o pień stanowiący bok śmiertelnej kołyski i zbierając myśli wpatrywał się przez chwilę w niewidzące już oczy umierającego, a potem zaczął się modlić tak cicho, że Herbert, który widząc te religijne zabiegi, cofnął się w odruchu szacunku o dwa kroki, prawie nie rozumiał słów. Było coś o drodze, odpuszczeniu i Chrystusie, ale uwagę Negocjatora przyciągnęły mocniej niż słowa, łzy, które w nich czuł, w bezradnej niezborności ruchów olbrzymiego zakonnika. Gdy ten grubym, stwardniałym od pracy palcem czynił na czole chłopca znak krzyża, ten na chwilę odzyskał przytomność i zupełnie wyraźnie powiedział:

- Zabiję cię, synu kurwy!

To było wszystko. Całe pożegnanie ze światem. Rupert dla dopełnienia formalności sprawdził puls na zbrązowiałej od zakrzepłego brudu szyi, ale nie doszukał się najmniejszych oznak życia.

- I w imieniu takich jak on, próbujemy zrobić to…- zaczął.

- Inny brudas zapolował na mnie u brodu – przerwała mu kobieta, stojąca za plecami Herberta tak blisko, że gdy ten chciał się odwrócić, natrafił na opór jej ciała. Zakonnik otarł załzawione oczy i wyprostował się błyskawicznie, ale w tej reakcji nie było gotowości do podjęcia walki, a raczej ulga.

Kobieta, wsparłszy się na ramieniu Negocjatora, wskoczyła na powalony pień i górując teraz nad nimi, bez większego zainteresowania przyjrzała się zwłokom napastnika.

- Mogliby być rodzonymi braćmi, a może bród tak ich upodabnia. Strzelał do was? - spytała podnosząc owinięty zieloną taśmą łuk i nie czekając na niepotrzebne, w sumie, potwierdzenie, dodała: - Tamten miał identyczny, dobre łuki, ale poszedł na mnie z nożem. Na mnie, wyobrażasz to sobie Rupercie, poszedł z nożem. Pewnie łaknął bliższego kontaktu, to i spełnił swoje marzenia.

Herbert, który miał teraz okazję przyjrzeć się nieznajomej, bez trudu mógł zrozumieć motywacje pechowego napastnika. Ciemnowłosa, drobna kobieta w średnim wieku, wydawałaby się i jemu łatwym celem, gdyby miał zwyczaj polować na kobiety.

- Olu, to Herbert – wtrącił Rupert.

- Przecież wiem. Nasza kolejna wielka nadzieja, że szlag nas wreszcie trafi, razem z tym bardakiem. – Zeskoczyła z pnia i jakby z namysłem ujęła wyciągniętą na powitanie dłoń Negocjatora, ale jej uścisk okazał się całkiem silny. Nie puszczała, pilnie patrząc mu w oczy.

- Spiszesz się? – spytała.

- O, tak! – zapewnił ją Herbert, który w obecności kobiety odzyskał animusz. Ściskając drobną dłoń w przedłużającym się uścisku, przyjrzał się jej dokładnie. Była naprawdę ładna, a trudne warunki leśnego życia, w żaden sposób nie nadwyrężyły jej delikatnej urody, choć oszacował, że musiała zbliżać się do czterdziestki. Ubrana była w błękitne dżinsy i podobną kurtkę z odciętymi rękawami, spod której wystawały krótkie rękawy zielonej, bawełnianej bluzy. Za nieproporcjonalnie szeroki pas zatknięty miała prymitywnie oprawiony nóż, a drugi, w plastikowej czarnej pochwie wisiał u jej biodra. Złapał się na tym, że szacuje ją zbyt bezczelnie, już dopatrując się krągłości piersi i gdy, cały czas uśmiechnięta wreszcie puściła jego dłoń, zalała go fala niespodziewanego ciepła.

- Musimy pochować tego biedaka – zauważył Rupert, rozglądając się bezradnie dokoła.

- Ani o tym nie myśl. Niech go znajdą. Muszą w końcu wiedzieć, że to nie ich ziemia. Łażą całymi bandami wzdłuż tarczy i jak tak dalej pójdzie, sprowadzą na nas nieszczęście. A dzisiaj zaatakowali. Muszą wiedzieć! – Ola, aż parsknęła ze złości. – Mają cały świat dla siebie, brudasy, a lezą tutaj. Dość tego!

Rupert, ku zdziwieniu Herberta nie nalegał dłużej, zadowoliwszy się przykryciem twarzy chłopaka jego własną, podniesioną z ziemi płócienną czapką. Potem zdjął cięciwę z łuku i złamawszy owinięty na zielono pałąk, ułożył go na piersiach zabitego.

- Dobry znak – powiedziała kobieta. – Po drodze, zrobisz to samo nad rzeką.

Szli gęsiego, a gdy Ola na chwilę wysforowała się o kilka metrów, Rupert nachyliwszy się do ucha Negocjatora, obwieścił mu szeptem, że ich nowa towarzyszka jest naprawdę fajna, a ten gorliwie kiwnął głową, przyznając mu rację.

* * *

Po godzinie dotarli do brodu, gdzie Rupert złamał w swych potężnych łapach kolejny łuk, a Herbert miał okazję przekonać się, co może oznaczać bliższy kontakt z Olą. Przywiązany do drzewa trup wychudzonego mężczyzny, miał nie tylko przecięte gardło, ale został też wypatroszony. Muchy i zwierzęta już zaczęły ucztę, a Negocjator, choć nie zboczył ze ścieżki by przyjrzeć się zamordowanemu, i tak o mało nie zwymiotował.

Minęła kolejna godzina, nim las ustąpił. Na otwartej, zrytej lejami po dawnych bombardowaniach otwartej przestrzeni, pod czujnym okiem dronów, na wszelki wypadek - choć Jan zapewniał ich przed wyjściem, że nie jest to konieczne - rozdzielili się i szli w kierunku widocznych już ruin, oddaleni jeden od drugiego o dobre sto metrów. Herbert wiedział, że tam, wśród rumowisk, w płytkich podziemiach skończy się jego wędrówka. Kolonia, której misja mogła okazać się decydująca dla losów świata składała się z sześćdziesięciu ośmiu ludzi, nie licząc dzieci, z czego siedmiu zajmowało się pracą naukową, a pozostali dbali o aprowizację i dostawy paliwa do ukrytego na najniższym poziomie generatora. To wszystko wiedział. Znał strukturę, cele i skład ekipy, a topografia ruin była mu na tyle bliska, że wchodząc między nie, powinien niezawodnie trafić do podziemnego laboratorium.

Pomimo całej swej wiedzy, nie był przygotowany na sam widok ruin, ku którym zmierzał. Owszem, oglądał zdjęcia, ale ten gigantyczny stos betonu, cegieł i stali, przytłaczał go swoim ogromem. Po zbombardowaniu miasta, ruchomymi tarczami zgarnięto wszystko na jeden wielki stos, tworząc nieregularny, wysoki na kilkadziesiąt metrów wał, który już dawno został zdobyty przez niezmordowaną, pnącą się ku życiu roślinność.

Ola dotarła do podnóża, jako pierwsza i czekała na nich w głębokim cieniu, rzucanym przez ogromną betonową płytę, straszącą zardzewiałą koroną drutów zbrojeniowych, której widok niespodziewanie skojarzył się Herbertowi z cierniami przedstawianymi w wyobrażeniach męki Chrystusa. Wejście do podziemnego świata było ciasne i niskie. Wiedział, że istnieją jeszcze dwa, ale to było pierwsze i powstałe w naturalny sposób, podczas gdy pozostałe, we fragmentach zostały wykute już przez samych mieszkańców. Nim weszli, zajrzał w głąb i w odległości kilkunastu metrów ujrzał żółte, niepewne, ale z pewnością elektryczne światło.

- To było miasto, które nazywało się Września – powiedziała cicho ich przewodniczka. Wskazując na oblazłą z farby, pierwotnie zieloną, aluminiową tablicę, gdzie nazwę miasta obwieszczały ledwie czytelne litery.

- Najgorszy jest początek – dodała, zwracając się do Negocjatora. – Dalej, to już luksusy.

- Najgorsze dla mnie – sapnął Rupert – jest takie miejsce, że szczerze boję się zaklinowania na amen.

Herbert szedł ostatni. Tylko raz nieznacznie schylił głowę, ale idący przed nim zakonnik musiał momentami przeciskać się bokiem. Dopiero widząc przyjaciela w takiej opresji mógł właściwie ocenić dzielącą ich różnicę gabarytów. Na szczęście, zgodnie z zapowiedzią nie trwało to długo. Pochylone, zaparte ciężarem gruzu betonowe płyty, wyprostowały się po kilkudziesięciu krokach i trafili do niewielkiej groty, oświetlonej żarówkami, których blask dostrzegł wchodząc. Miejsce to pełniło funkcję wartowni. Brodaty mężczyzna przywitał się ze wszystkimi i przyjąwszy na przechowanie strzelbę Ruperta wysłuchał, kręcąc z dezaprobatą głową, relacji Oli ze stoczonych, szczęśliwie zakończonych potyczek.

- Ledwie odeszlaś, pojawili się jacyś przy wejściu towarowym, ale obyło się bez przelewu krwi, choć noc trwała w najlepsze. Już jest zarządzenie, że koniec z samotnymi polowaniami – powiedział wartownik, noszący nieprzyjemne przezwisko „Czacha”.

- To jakaś wędrowna chmara. Ci z Nekli nie przewiązują łuków i nie bywają tak piekielnie brudni – wyraziła swój pogląd Ola.

Herberta zdziwiła zażyłość Ruperta z brodaczem i niekłamana radość tego ostatniego z widoku olbrzymiego zakonnika. Dopiero popędzeni przez Olę przerwali pojedynek na przyjacielskie docinki, a Czacha rzucił im na pożegnanie, że wkrótce się zobaczą, gdyż jego służba ma się ku końcowi.

- Dlaczego Czacha? – spytał.

- Latami golił głowę i taki jeden Rewers, wymalował mu na rewersie ludzką czaszkę, gdy nasz brodacz raczył nadużyć trunków – wyjaśniła Ola.

Schodzili w dół, z każdym krokiem mając wokół siebie więcej przestrzeni, aż trafili do pierwszej z zespołu sal, które były ich Centrum, mieszkaniem, kuchnią i przedsionkiem laboratorium. Naturalny komin, szeroki na prawie metr był dodatkowym źródłem naturalnego światła. Herbert zadarł głowę i z radością ujrzał nad sobą niepokalaną plamę błękitu.

W kolejnych, widocznych z tego miejsca salach widział inne świetliste kolumny. Pomieszczenie było czyste, wymiecione z pyłu i gdyby nie ściany będące gruzowiskiem, dziwnie groźnym, jakby napierającą na nich mieszaniną betonu, cegieł, ziemi szkła i drewna, zdawałoby się całkiem przytulnym miejscem. Kilka miejsc do spania, bo trudno byłoby nazwać je łóżkami, rozdzielone było starannie ustawionymi skrzyniami, pakunkami różnych rozmiarów, na których powieszono lub porozkładano ubrania i rozmaite przedmioty codziennego użytku. Herbert nie bez pewnego zdziwienia zauważył, jak wiele miejsca zajmują, wśród tej, leżącej na dnie chaosu i zniszczenia enklawy ludzkiego porządku, książki. Chciał zajrzeć do jednej z nich, gdy usłyszał głosy zbliżających się ludzi.

- Długo czekaliśmy – powiedział niski człowieczek w znoszonym czarnym garniturze, wyłaniając się zza połyskliwego snopu dziennego światła.



tagi: powieść  negocjator 

Jacek-Jarecki
6 września 2017 18:24
12     2587    9 zaloguj sie by polubić
komentarze:
chlor @Jacek-Jarecki
6 września 2017 21:45

Właściwie wszystkie elementy "scenograficzne" już gdzieś widziałem, czytałem. Wszczepione czipy, kastowe społeczności, bariera, ruiny, skoki w czasie. Wymieniam tylko podstawowe. Jednak wszystko  ułożone oryginalnie. Chętnie bym przeczytał całośc.

 

zaloguj się by móc komentować

adam-b @Jacek-Jarecki
6 września 2017 21:59

czytasię ;-))

dokończyć ,wydawać , sprzedawać .

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @Jacek-Jarecki
6 września 2017 22:08

Dobre. Ale jak puscisz tu całość, nie kupimy książki;) 

zaloguj się by móc komentować

Caine @Jacek-Jarecki
6 września 2017 22:28

Jak mniemam, nastrój się zwarzył, jak mleko. 

zaloguj się by móc komentować

Jacek-Jarecki @Grzeralts 6 września 2017 22:08
7 września 2017 04:58

Nie mam zamiaru. Poza tym, szanse tej powieści są żadne.

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @Jacek-Jarecki 7 września 2017 04:58
7 września 2017 06:16

Szkoda. No to pisz dla nas. Mnie się podoba.

Już kiedyś pisałem, że czytam tylko to, co się dobrze czyta. Jedynie publikacje zawodowe i PŚ czytam dla celów innych niż przyjemnościowe.

zaloguj się by móc komentować


bolek @Jacek-Jarecki
7 września 2017 14:16

" Ogólnie jakoś tak przycichło, przygasło. "

E tam. Pierwszy rozdział połknąłem w try miga. Teraz zacząłem czytać drugi ale muszę chyba wrócić do pierwszego i wtedy kontynuować.

zaloguj się by móc komentować

bolek @roobin 6 września 2017 23:38
7 września 2017 14:18

Gdzie się człowiek nie ruszy to potyka się o spamera roobina :/

BTW jakiej marki ten lapek? Ech...

zaloguj się by móc komentować

chlor @Jacek-Jarecki 7 września 2017 04:58
7 września 2017 17:29

W każdej księgarni jest półka z napisem Fantastyka polska, a tam stoi stale to samo. Prawie żadnych nowości, a już dobrych to wcale.  Gdyby tam dostawić Negocjatora, to zszedł by bez problemu. No ale jak się dostać do księgarń?

zaloguj się by móc komentować

Aquilamagna @Jacek-Jarecki
8 września 2017 12:19

Bardzo lubię Pana czytać. Zaczęło się od fragmentów Prawa do powrotu. Podoba mi się jak Pan, hmm... operuje tajemnicą. Chyba o to chodzi w dobrej powieści, szczególnie w tym gatunku.

Będę czytał dalej.

zaloguj się by móc komentować

Jacek-Jarecki @Aquilamagna 8 września 2017 12:19
9 września 2017 07:09

Dziękuję

W nagrodę opwiem Pani historyjkę z wczoraj. Choć trudno w nią uwierzyć, jest w stu procentach autentyczna.

Otóż na skutek problemów zdrowotnych, aplikuję do pracy, którą mógłbym wykonywać w domu ( koordynator, mniejsza o to, czego ). Firma poważna. CV, te sprawy. Wymogi rozmaite, ale podstawowy jest taki, że wykształcenie: "minimum średnie". Dzwoni do mnie miła pani, co nazywa się rozmową wstępną i zadaje mi pytania. Pierwsze jest takie:

- Czy umie pan pisać i czytać?

Ja się śmieję, bo spełniam to wyśrubowane kryterium. Ona na to:

- To nie jest takie oczywiste! Było wiele przypadków, że okazywało się... 

Absolutny off topic, ale i takie sytuacje spotykają dzisiaj pisarzy.

Pozdrawiam 

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować