-

Jacek-Jarecki

Najlepszy przyjaciel. Opowiadanie z ostrzeżeniem.

Ostrzeżenie jest poważne, ponieważ lektura poniższego opowiadania może być przykra dla ludzi wrażliwszych niż pieniek. Nawet tacy, jak ja. fanatyczni zwolennicy zwierząt, mogą poczuć zażenowanie. 

Musiałem napisać coś tak wstrętnego, by zamazać moją bezradność wobec skurwysynów, którzy ciągle to robią.

To, jakie to?

No właśnie! 

Opowiadanie powstało z nienawiści. I niech tak zostanie.

 

Najlepszy przyjaciel

 

Zrozumiała, że los się dopełnił, ledwie jej pan stanął w drzwiach garażu. Kąt, gdzie leżała na starym, beznogim tapczanie, owionął bijący od niego smolno - słodki zapach śmierci. Przebił się z łatwością przez odór paliwa, smarów, metalu, rozlanego oleju i sparaliżował jej drobne, zmęczone macierzyńską posługą ciało. Kliknęły zamki otwieranego auta. Uciekłaby, biegłaby ile sił, ale nie mogła, wstrzymywana przez niewidzialne więzy. Przewróciła się na grzbiet i próbowała go zabawić, merdając ogonkiem. To działało, przez lata działało, ale tym razem nie podrapał jej długimi, ludzkimi palcami po brzuchu. Pochylił się, patrząc z obrzydzeniem na sutki nabrzmiałe pokarmem i wymruczał:

- Chodź maleńka, pojedziemy do lasu na spacer.

Zrezygnowała z naiwnej próby odzyskania miłości Pana. Łapami zagarnęła pod siebie, budzące się, ziewające dzieci, zapiszczała pokornie. Nie pomogło. Skuliła się, gdy dotknął jej ciała. Otworzył drzwi terenówki. Lubiła las, ale przecież teraz nie mogła. Dzieci, dzieci, dzieci. Cmoknął, klepnął dłonią skórzane siedzenie.

- Dalej maleńka, wskakuj!

Przywarła do szorstkiego brunatnego materiału legowiska. Nie miała szans na skuteczny opór, ale musiała spróbować i spróbowała. Gdy poderwał ją w górę zaczęła walczyć. Drapać i gryźć. I piszczeć.

- Ty świnio, ty cholerna parszywa świnio! – wrzasnął i rzucił z całej siły jej drobne ciało na podłogę przy tylnych fotelach. Uderzyła łbem o zamknięte drzwi, a przednia łapa, którą starała się złagodzić upadek, zabolała tak, jak nic nigdy nie bolało jej przedtem.

Nim zdołała się pozbierać, zawinął jej dzieci w okropnie cuchnącą szmatę i rzucił wołający o ratunek kłąb w ślad za nią. Potem zatrzasnął drzwi ruchomego więzienia. Błyskawicznie rozplątała zębami i zdrową łapą śliski, ohydny materiał. Największy, wybitny żarłok, który był jej dumą i nadzieją, nie oddychał, choć z całych sił lizała jego pyszczek i oczy. Oczy, które nie widziały jeszcze świata.

* * *

Nie potrafił skoncentrować się na analizowanej umowie. Ewa miała wrócić od matki przed trzynastą i wiedział, że nim pojedzie odebrać chłopców z przedszkola, zajrzy do swojej cholernej suni z mleczkiem i cholernym jedzonkiem. A wtedy zadzwoni. O, tak! Tego dnia miała przenieść je na przygotowane legowisko w sypialni, ich sypialni.

Wstał i podszedł do okna. W powietrzu wisiał zapowiadany deszcz. Ciężkie chmury omiatały ciemne wieże biurowców. Pani Basia w sekretariacie uruchomiła kserokopiarkę.

 

- Ale nie przeniesie – zachichotał i zastukał palcami w szybę. – Werble żałobne dla Suni – powiedział na głos, zapominając, że drzwi do gabinetu pozostawił otwarte.

- Pan coś mówił? – spytała asystentka, stając w drzwiach z plikiem wydruków w dłoniach.

- Może kawy, napijmy się kawy – zaproponował.

Tym razem zamknął drzwi. Usiadł w fotelu tyłem do okna, pił kawę drobnymi łykami i wpatrywał się w kupioną przed tygodniem grafikę Salvadora Dali. To był dobry ruch. Zwracała uwagę, podkreślała znaczenie... Zadziwiające jak wielu kontrahentów rozpoznawało autora tego drobiazgu. Pięć po trzynastej zaśpiewała komórka.

* * *

- Co zrobiłeś? Powiedz do cholery, co zrobiłeś z Sunią? – Kamila była wściekła i miał ochotę się rozłączyć, ale wiedział, że to nie pomoże. Zacisnął palce na blacie stołu i zmusił się do wyjaśnień. Wiedział, że nie będzie to łatwa rozmowa, ale nie spodziewał się burzy, a to była cholerna burza.

- Wszędzie jej szukałem – zaczął niezgrabnie. - Wyjeżdżałem i zanim zamknąłem bramę, ona po prostu uciekła. To nie pierwszy raz.

- Gdzie ci uciekła? Suka uciekła od swoich szczeniąt? A gdzie maluchy?

- Maluchy nie żyły. Były martwe, zupełnie sztywne. Wszystkie trzy. Myślę, że je podusiła. Tak się zdarza. Pies to pies, w końcu. I tak przecież wróci, zawsze wraca, ale nie wiem, czy po tym co zrobiła swoim dzieciom, chciałabyś mieć...

- Ale ty wytłumaczysz to dzieciakom, gdy wrócisz. Ty i tylko ty. A jeśli dowiem się, że ją skrzywdziłeś, gorzko pożałujesz tego, co zrobiłeś!

Ze zdziwieniem, nie wiedzieć czemu zabarwionym lękiem, skonstatował, że żona płacze. Nawet więcej. Płacz wściekłości... Przez chwilę szukała właściwego słowa, ale nie znalazł.

- Kochanie, przecież nie skrzywdziłbym Suni, przecież wiesz, że ja... – tłumaczył pospiesznie. - Cały czas na nią czekam, jak Boga kocham, wszystko bym oddał żeby wróciła.

Spocił się. Gdy odkładał telefon, ten o mało nie wypadł mu z ręki. Wytarł dłonie. Cholerna suka już raz miała szczeniaki. Nim je rozdali, w całym domu śmierdziało psim moczem, gównem i ohydą. Nikt się nie dowie, co zrobił. Wywiózł sukę tak daleko, że nawet jeśli ktoś odnajdzie... Nigdy nie odszukają właściciela. Takich kundli są setki, tysiące. Postanowił, że jeśli dzieci będą bardzo tęskniły, kupi im na gwiazdkę pieprzonego yorka.

* * *

Chłopcy nie chcieli nowego, lepszego psa, a on miał dość ciągłych rozmów o zaginionej Suni. Bezsensownego objeżdżania osiedla, łażenia po wertepach, późnojesiennych, cuchnących zgnilizną klejących się do butów liści. Nawoływania pustki, zostawiania na noc uchylonej bramy wjazdowej. Bliźniacy Artur i Robert byli maluchami i zapomnieliby po kilku dniach, ale pięcioletni Dawid nie dawał mu spokoju. Objechali schroniska w promieniu dwudziestu kilometrów. Musiał też chodzić po dzielnicy z synem i rozwieszać idiotyczne plakaty ze zdjęciem suczki. To nie wystarczyło. Dawid codziennie przeglądał Internet i potem zasypywał go informacjami o psach zaginionych, cudownie odnalezionych a przede wszystkim o porzuconych, dręczonych. Rysował Sunię, lepił z plasteliny figurki psa, chodził do szkoły z brązowym pieskiem maskotką.

Wszystko się zepsuło. Za każdym razem, kiedy wracał temat zaginionej, Kamila patrzyła na niego w specyficzny sposób. Nie z wyrzutem, raczej z niechęcią. Może nawet z pogardą.

- To jakaś mania. Chłopak popadł w manię z tymi psami! Te wszystkie okrucieństwa, o których czyta. Musimy go przyhamować – kolejny raz zaapelował do rozsądku żony.

Kamila przestała się czesać i ze szczotką w dłoni wyjrzała z łazienki. Zapinał właśnie płaszcz. Nie czekał na jej odpowiedź. Powiedział swoje i chciał wyjść.

- Ja wiem, że zabiłeś Sunię i szczeniaki. Po prostu wiem! Widzę, jak się codziennie trzęsiesz, żeby Dawid się nie dowiedział, bo wiesz co... Chłopak cię znienawidzi. Co ci w ogóle przyszło do głowy?

- Ja nie, niczego nie zrobiłem. Ciszej do cholery, chłopcy jeszcze śpią – odpowiedział pospiesznie, chcąc uciąć temat i uciec.

- Przywiązałeś w lesie, utopiłeś, a może zakopałeś żywcem? A może humanitarnie, siekierą? Nienawidzę cię, po prostu nienawidzę!

- Zapominasz się! – krzyknął.

Tak naprawdę to on się zapomniał. Dwa szybkie kroki i uderzenie. Na to nie była przygotowana. Gdy odzyskała równowagę, oparła się o framugę i z niedowierzaniem dotknęła twarzy. Z rozciętej wargi pociekło kilka kropel krwi.

- Przepraszam kochanie, przepraszam!

Trzasnął zamek w łazience i zapadła cisza. Stał, przez chwilę trąc bezradnie twarz, ale w końcu podniósł odstawioną na parkiet teczkę z dokumentami nad którymi pracował cały poprzedni wieczór i zszedł po schodach do garażu.

* * *

Skończyli kilka minut po jedenastej. Drugie, planowane na ten dzień spotkanie, dotyczące dużej działki pod Piasecznem nie doszło do skutku. Zresztą, to było wkalkulowane w rozkład dnia. Borykali się z nieszczęsną, kuszącą ogromnymi prowizjami transakcją od ponad dwóch lat. Teraz, bardziej zmęczeni niż zniechęceni, zasiedli w knajpie i planowali przedświąteczny tydzień. Niewiele spraw zostało do załatwienia. Tak niewiele, że jego wspólnik wziął je, jako kawaler na siebie.

- Odpocznij z rodziną, na łonie, w pieleszach – argumentował.

- Stary, naprawdę nie wiem, co robić. Te święta to może nasza ostatnia szansa. Najgorsze jest to, że nie wiem, o co jej chodzi. To się stało nagle, jakby z dnia na dzień, ale przecież dzieci... Jasna cholera!

Nie oczekiwał rady od wspólnika, pełniącego także rolę jedynego prawdziwego przyjaciela, , ale komuś musiał się w końcu wyżalić. Mówił. Słowa, już nie półsłówka, a całe zdania, cała opowieść, z której oczywiście nic nie wynikało, bo wynikać nie mogło. Zdawał sobie sprawę, że musiałby najpierw samego siebie przekonać o prawdziwości wymyślonej historyjki, by mieć nadzieję, że przekona kogokolwiek starszego niż uwielbiający tatę pięciolatek.

- Nic nie jest... Nic się nie dzieje zupełnie bez przyczyny. Nawet ja mam wrażenie, że coś ukrywasz. Twoja sprawa, ale wiedz, że czasem nawet najdrobniejszy problem wymaga rozwiązania. Coś trzeba zakończyć, by zacząć od nowa – mądrzył się wspólnik.

Truizmy, truizmy. Popatrzył uważnie na kolegę, który bawił się zapalniczką, co było znakiem, że tęskni za papierosem. Zapłacił i wyszli. Niebo było jednostajnie szare. Zanosiło się na śnieg, ale tak było już od ponad tygodnia. Temperatura w okolicach zera. Wilgoć.

* * *

Dwa razy skręcił w zły zjazd, nim przypomniał sobie o gospodarstwie z żurawiem przy studni. Tak, najpierw gospodarstwo, potem kapliczka i dopiero dalej w lewo, koło nieczynnej żwirowni.

Piaszczysta droga prowadziła go teraz pewnie do celu. Ciężki terenowy mercedes sunął z chrzęstem, krusząc pajęcze tafelki lodu w zmrożonych koleinach. Było zimniej niż w mieście. Teraz już wiedział, gdzie jest. Po lewej miał nieckę wyrobiska, a dobre pięćset metrów przed nim wzgórze porośnięte rachitycznymi brzozami.

Zacisnął ręce na kierownicy i zaklął pod nosem. Od strony brzeziny szła ku niemu potężnie zbudowana kobieta w srebrzystej kurtce. Była jeszcze daleko, ale nie mógł przecież teraz podjechać by sprawdzić, co się stało z pieprzonym psem. Wysiadł z samochodu, zapiął kurtkę pod szyją i zaczął przechadzać się po krawędzi wyrobiska, z udawanym zainteresowaniem lustrując teren żwirowni. Ledwie wysiadł, a już był zły na siebie, że po prostu nie zawrócił. Zachował się niczym jakiś morderca, który nie chce być skojarzony z miejscem zbrodni. Idiotyzm.

Kobieta zbliżała i teraz dostrzegł, że to najwyżej dwudziestokilkuletnia, szczupła dziewczyna z plecaczkiem. Puchowa kurtka dodała jej lat i kilogramów. - Co robiła na takim cholernym pustkowiu – zastanowił się, ale szybko doszedł do oczywistego wniosku, że nawet taka piaszczysta polna droga gdzieś przecież prowadzi.

Podeszła z uśmiechem. Była... Z bliska widział, jaka jest śliczna. Jasne włosy, duże brązowe oczy i lekko wystające kości policzkowe.

- Mam chyba szczęście – powiedziała i z niespodziewaną śmiałością podała mu rękę. – O ile nie jedzie pan do moich rodziców w odwiedziny, będzie pan pewnie zawracał do szosy, a ja muszę do miasta. Ojciec zabrał auto i wróci dopiero wieczorem...

- Chętnie, odwiozę panią, ja też muszę... Przyjechałem, żeby rzucić okiem na tę żwirownię. Ja, widzi pani, zajmuję się handlem terenami, nieruchomościami – zaczął się głupio i zgoła niepotrzebnie tłumaczyć.

- O, dobrze pan trafił. Ta żwirownia jest nieczynna od ponad dwudziestu lat.

Śmiała się i odniósł nieprzyjemne wrażenie, że kpi z niego, że przejrzała jego wymówkę. Stanowczo był przeczulony na punkcie swojej historii, ale nawet patrząc krytycznie, wyrzucał sobie, że niepotrzebnie wspomniał, czym się zajmuje.

- Był pan tu wcześniej? – spytała, odganiając niesforny kosmyk z czoła. To proste pytanie spowodowało przypływ idiotycznej paniki, w efekcie której skłamał:

- Nie, to znaczy... Kilka razy w dzieciństwie z ojcem. Miał tu niedaleko znajomego, który pracował, był jakimś kierownikiem... To... Bawiłem się tutaj, budowałem zamki z piasku. – przerwał – Już się napatrzyłem, możemy jechać.

- Jeśli pan taki uprzejmy... Tutaj rzadko ktoś przyjeżdża i przez chwilę myślałam, że to pan, ale skoro żwirownia...

- Co ja? – poczuł nagle ucisk w piersi. Oblizał spierzchnięte usta.

- Miesiąc temu, na tym wzgórzu ktoś, nawet nie wiem, jak go nazwać, przywiązał łańcuchem do drzewa sukę i zostawił z nią szczeniaki. Bez wody, bez jedzenia. Znalazłam ją i to co zostało z jej dzieci. Pochowałam.

- To bestialstwo, kto mógł zrobić coś takiego? – zapytał retorycznie, a słysząc ton swojego głosu zamarł. Tak sztucznie mógł się odezwać tylko bohater taniej telenoweli. To nie był głos mężczyzny, a dziecka udającego dorosłosłego.

- Też się zastanawiam. Ta suczka już konała. Nie dałam rady jej uratować. Zjadła własne dzieci poza jednym pieskiem, który się odczołgał i zdechł. Pogryzła sobie łapy, wszędzie krew. Niewyobrażalna męka.

- Potworne! To był duży pies? – zapytał, uznając to pytanie za bardzo sprytne.

- Nie, taki mały, jasny kundelek. Co komu szkodziło takie biedactwo? – Otarła oczy, jakby uroniła łzę, ale jej oczy były zupełnie suche. - To tylko gest – pomyślał początkowo z ulgą, który chwilę później zabarwił niepokój, że teatralność gestu wzięła się stąd, że dziewczyna doskonale wie, z kim rozmawia.

Zaczął prószyć śnieg. Nie odpowiedział, podniósł wzrok i oparty o maskę wozu przez chwilę patrzył, jak białe drobiny nadlatują z szarej płachty chmur.

-To wzgórze usypali w latach pięćdziesiątych, gdy odsłaniali żwirownię, ale odkąd porosły je brzozy... – zaczęła, ale urwała w połowie zdania, jakby nagle straciła zainteresowanie dalszym prowadzeniem konwersacji.

Wsiadł pierwszy i nim ona zrobiła to samo, wychylił się i gestem zaproszenia otworzył drzwi po stronie pasażera. Podkręcił ogrzewanie i przez chwilę gapił się na wycieraczki, rozgarniające topniejące płatki. Uspokajał się. Zbieżności, pułapki, niedopowiedzenia były tylko tworem jego umysłu. Przecież, nawet jeśli takie zostawił, to dziewczątko zatarło wszystkie ślady. Na dodatek było całkiem ładne.

Po drodze odzyskał humor i nawet zaczął się popisywać, czego starał się unikać w kontaktach z kobietami, bo wedle słów Kamili, wyglądał wtedy jak podrywacz ze starej francuskiej komedii. Tyle że teraz, co uświadomił sobie nagle, Kamila powoli stawała się przeszłością. Co miało być, będzie, a on nie jest cholernym skazańcem. Psa, przez psa, z powodu psa. Dopieroż sąd będzie miał zabawę.

Zaprosił dziewczynę na kawę, ale odmówiła. Wysiadła przy parku Dreszera i nagle przeraziła go myśl, że już jej nie spotka. Zamiast wywiedzieć się choćby, gdzie dziewczyna pracuje, cały czas gadał o sobie, licząc, że zatrzymają się w miejscu, gdzie będzie miał okazję... Przecież nie pracuje w parku! Wysiadł i zawołał do niej. Była już po drugiej stronie Puławskiej, ale odwróciła się.

- Znajdę cię, sama się odezwę! – zawołała.

- Przecież ja nic... – za jego plecami załomotał przejeżdżający tramwaj.

- ... twoją rejestrację! – tyle zrozumiał. Stała w parkowej bramie i machała mu ręką na pożegnanie.

- Pracujesz w policji? – zawołał nie mając specjalnej nadziei, że zdoła przekrzyczeć przejeżdżające, trąbiące na niego auta. Śnieg sypał coraz gęstszy, wielkie mokre płatki pędziły we wszystkich kierunkach porywane na zatracenie przez pęd powietrza przejeżdżających samochodów. Coś jeszcze krzyknęła, nim ruszyła przed siebie, ale nie bardzo zrozumiał.

- Tropem? Pojedzie moim tropem, pójdzie? – Był zły, że zmarnował szansę, gdy nagle uświadomił sobie, jaki z niego ciemniak. Przecież wiedział, gdzie ona mieszka. Roześmiał się na głos, włączył radio i z werwą nastolatka ruszył do domu.

* * *

Szczerze zachwycił się choinką. Stał w drzwiach salonu, przypatrując się synom, zbierającym kartoniki po bombkach. Wraz z nadejściem świąt coś się zmieniło. Jakby ktoś dobry, acz niewidzialny poluzował duszący ich gorset. Może dotarło do niej, że tyle jest spraw ważniejszych, celów do osiągnięcia, że ten dziwny pretekst, którego używa przeciwko niemu wypalił się razem z gniewem.

Żona mówiła do niego, ale jego zagapienie było szczere i dopiero po chwili zrozumiał, że chodzi o zakup świątecznych prezentów dla chłopców.

- ...upierasz się i upierasz, ale mieliśmy jechać razem. Ich zostawilibyśmy u twojej mamy, bo to przecież dla nich, ale jeśli ci się nie chce, pojadę sama.

- Pojedziemy jutro, ale muszę najpierw sam, to niespodzianka. Wszystkie sklepy jutro też będą otwarte.

Patrzyła na męża z nieukrywanym zdziwieniem. Po martwocie, odsunięciu, po tym, jak ją uderzył, nagle zachciało mu się robić jej świąteczny prezent-niespodziankę. Już otwierała usta żeby stwierdzić, że w nosie ma jego prezent, ale z tym dziwnym ożywieniem było mu naprawdę do twarzy, a i w niej zadrgała dawno zapomniana struna. - Może wszystko się jeszcze ułoży – pomyślała, ale i tę myśl odegnała, ponieważ zbyt mocno cuchnęła kapitulacją. Zamiast tego spytała po prostu:

- Sprzedaliście coś w tygodniu z Pawełkiem?

- Nie, ale udało się wydusić kolejną transzę od Amerykanina. No i z okazji świąt zawsze się ktoś z zalegających poczuje w obowiązku. Wieczorem, po powrocie, sprawdzę konta.

- Ty też się widzę poczułeś. – Choć starała się zabrzmieć sarkastycznie, więcej w tonie jej głosu było podziwu niż sarkazmu. Wstała od stołu, a gdy go mijała, starał się objąć ją w pasie, ale wywinęła się i podeszła z filiżankami do zlewu.

* * *

Kolczyki były piękne, a sprzedawca dystyngowany i do tego stopnia poważny, że zdawał się przeniesiony za mieniącą się złotem ladę, wprost z branży pogrzebowej. Pakował prezent starannie, z namaszczeniem jakie w pewnym typie ludzi jest w stanie obudzić tylko bezceremonialny pokaz czyjegoś bogactwa, podczas gdy on obracał w palcach złoconą metkę z ceną i piekły go uszy, jakby został przyłapany na oszustwie. Nawet nie wiedział, co chciał kupić w zamian za plik banknotów, który teraz spoczywał w kasie jubilera. Przebaczenie? Czas?

Na tylnym siedzeniu mercedesa leżały róże dla nieznajomej, kupione za jeden skromny banknot. Po nie przyjechał, reszta była łapówką, dzięki której miał zachować niepokalanie dobre samopoczucie.

* * *

Szedł w kierunku parkingu, gdy wreszcie zaczął na dobre sypać śnieg. Wczorajszą brudnożółtą nędzę rozmył deszcz, ale wedle prognoz, tym razem śnieg miał przetrwać i zostać z nimi na dłużej.

Na ulicy grała świąteczna muzyka, o mało nie zderzył się z Mikołajem rozdającym ulotki. Właśnie podnosił kołnierz płaszcza, gdy zauważył biegnącego za nim sporego, płowego kundla, zręcznie przemykającego między spieszącymi do swoich spraw ludźmi. Był blisko niego i prawie jednocześnie skręcili w ślepą uliczkę prowadzącą na niewielki parking. Pies zachowywał kilkumetrowy dystans, ale ewidentnie podążał za nim. Odwrócił się i zrobił dwa kroki w kierunku zwierzęcia. Kundel pochylił łeb i warcząc pokazał pokaźne, żółte kły. Krzyknął i pogroził psu pięścią, ale nie zrobiło to na zwierzęciu żadnego wrażenia.

- Byle do auta – pomyślał i przyspieszył kroku.

Zerwał się wiatr, śnieg oślepiał, gnał tumanem wprost na niego, ale zauważył kolejnego kundla warującego przy drzwiach auta. Zaklął, a przez myśl przemknęła mu dość oczywista myśl, że za chwilę dopełni się akt psiej zemsty. W śnieżycy budka parkingowego ledwie odznaczała się na tle niechlujnie otynkowanego muru. W zasięgu wzroku nie było nikogo poza psami. Jeszcze jeden mniejszy pojawił się nagle tuż przy jego nogach. Kopnął kundla, ale ten nie zrezygnował, nie zapiszczał boleśnie. Zza przedpotopowego, zaparkowanego po sąsiedzku mercedesa „okularnika” wybiegł czarny wilczur.

- Cholera! – krzyknął i podbiegł do auta po drodze odblokowując zamki.

Warujący kundel ani drgnął. Tupnął na niego nogą. Żadnej reakcji. Poczuł silne szarpnięcie za nogawkę spodni. Wyrwał się, zawrócił i obiegł samochód wskakując na siedzenie pasażera. Czarny wilczur skoczył, ale chybił jego łydki o kilka centymetrów.

- Jasna cholera! Co to ma być? – Siedział i klął metodycznie. W końcu przelazł na siedzenie kierowcy i dopiero wtedy rozejrzał się staranniej. Przez białą zawieruchę widział sześć psów. Otaczały samochód i wpatrywały się w niego. Wyjął telefon i przez chwilę obracał go w dłoni, ale nie mógł przecież tak tego zostawić. Gdyby na jego miejscu było dziecko, mogłoby dojść do tragedii.

- Nie, nie oszalałem i nie żartuję. Tak, zostałem zaatakowany przez sforę bezpańskich psów. Co znaczy, że to jest niemożliwe w tym miejscu? Nie, nie będę dzwonił ani do straży miejskiej, ani po jakichś hyclach. Nie krzyczę, ale bardzo się cieszę, że nagrywacie naszą rozmowę, bo jeśli pogryzą dziecko...

Rozłączył się i rzucił telefon na wolne siedzenie. W aucie było zbyt ciepło. Uchylił okno i wolno wyjechał z parkingu. W lusterku widział jednego z niedawnych prześladowców. Pies siedział obok czerwonej Mazdy i lizał przednią łapę. Padający śnieg przysypał czarny łeb i kudłaty kundel w białej czapce wyglądał jak wzór psiej niewinności.

* * *

Zatrzymał się na skraju wyrobiska. Wysiadł, by rozprostować zmęczone powolną jazdą ciało i zebrać myśli. Zrobił kilka kroków. Od chwili, gdy zaczął padać śnieg, nikt nie jechał, ani nie szedł tą drogą. Złapał się na tym, że wypatruje śladów psich łap, ale poza pojedynczym zajęczym tropem biała płaszczyzna była całkowicie niepokalana. Panowała niczym niezmącona cisza. Ukradkiem spojrzał na wzgórze i odetchnął głęboko.

Dopiero teraz zastanowił się, co powie, gdy otworzą się drzwi domu na pustkowiu. Nawet nie znał jej imienia. Droczyła się, kazała mu zgadywać, ale żadna z trzech prób nie była udana.

- Stanę na progu, jak jakiś akwizytor. I jeszcze z tymi różami. Pieprzę to!

Przez moment miał wrażenie, że patrzy na siebie cudzymi oczami i nie spodobało mu się to, co zobaczył. Żył z mówienia, ciągłych negocjacji i rozwiązywania problemów, a teraz zachowywał się niczym sztubak. Zakochany chłopiec. Aż się roześmiał, ale w tej absolutnej ciszy jego głos zabrzmiał upiornie, więc zamilkł zawstydzony i wrócił do auta.

Jechał wolno, silnik pracował prawie bezgłośnie. Droga wznosiła się łagodnie. Zostawił za sobą wyrobisko nieczynnej żwirowni. Po lewej stronie miał teraz szereg betonowych słupów z których przed laty zerwano siatkę ogrodzeniową. Nie mógł dociec, co niegdyś ogradzała, bo niczego tam nie było, poza kilkoma rachitycznymi, chorobliwie poskręcanymi drzewami, poza badylami zeschłej trawy wystającymi spod śniegu. Gdyby jego terenówka zawiodła na tym pustkowiu, miałby się z pyszna. Myśl była absurdalna, ale na wszelki wypadek sprawdził komórkę i okazało się, że ma pewny, doskonały zasięg.

Skoncentrował się na wypatrywaniu domu do którego zmierzał. Teren był lekko pofałdowany, ale pomimo śnieżnej pokrywy droga przed maską była wyraźnie widoczna. Po obydwu jej stronach rozpościerały się łąki. Im dalej, tym trudniej było zauważyć ich użytkowy charakter. Zasypane śniegiem morze suchych, nie skoszonych badyli. To było dość dziwne. W dzisiejszych czasach nieczęsto spotyka się takie połacie nieużytków. Poprawił się w fotelu.

Od miejsca, gdzie spotkał dziewczynę, przejechał z pewnością więcej niż dwa kilometry, a nie było ani śladu domu, w którym rzekomo mieszkała. Droga wiodła pod górę i postanowił, że zatrzyma się na szczycie i jeśli nie dostrzeże żadnych zabudowań, to zawróci.

Wysiadł z auta. Niewielkie wzniesienie, o którym nieco na wyrost myślał jako o wzgórzu, było ostatnie w szeregu. Dalej rozciągała się zupełnie płaska pustka. Hen na horyzoncie widział ciemną wstęgę lasu. Droga nie biegła w jego kierunku. Łagodnym łukiem skręcała w lewo i gdy wytężył wzrok, między odległymi o dobre trzy kilometry drzewami zauważył jakiś ruch. Z tej strony nie było lasu, tylko szpaler drzew. Szosa! Pojechał po łuku. No tak, ale w takim razie, po co komu droga, którą jechał? Jaki sens miało skręcanie na pustkowie, by z powrotem trafić na tę samą szosę? Dlaczego dziewczyna skłamała i skąd się wzięła przy tej cholernej żwirowni? Nie podobała mu się ta myśl, bardzo mu się nie podobała. Na dodatek pojawiła się jeszcze inna, jakby ktoś obcy wyszeptał ją w jego głowie:

- Aby cię tutaj zwabić, na miejsce twojej podłej zbrodni! Odruchowo spojrzał na otwarte drzwi samochodu. Silnik pracował miarowo, a kluczyki tkwiły w stacyjce.

–Zaraz się zamkną i zostanę tutaj sam i będę musiał biec, biec co sił, by ratować życie.

Zrobił krok. Drzwiczki drgnęły. Zrobił drugi. To nie było złudzenie. Samochód zaczął się zamykać. Rzucił się biegiem i zdążył w ostatniej chwili. Odepchnął drzwi gwałtownie i usiadł bokiem na fotelu. Coś poruszyło się na tylnym siedzeniu. Krzyknął! Odwrócił się, ale oczywiście niczego, ani nikogo tam nie było. Zatrzasnął drzwi i przez chwilę siedział bez ruchu. Nim ruszył, po dziecinnemu klęknął na fotelu i zlustrował podłogę za oparciem. Na czarnej wykładzinie leżał pusty zielony segregator. To wszystko.

* * *

Nim wjechał na szosę, zastanowił się, co zrobić z różami. W końcu zdecydował, że wręczy je żonie, jako kolejny gest prowadzący do pojednania. Skończyły się mrzonki, musiał się wziąć w garść. Powolna kawalkada aut przesuwała się przed nim. Zwolnił hamulec i nieco wycofał auto, ponieważ grzeczny kierowca zielonej Skody próbował zrobić mu miejsce, by mógł włączyć się do ruchu, a jemu nie było spieszno.

Nadzieje, które wiązał z poznaną dziewczyną rozwiały się i gdy tak siedział z rękami na kierownicy, wpatrzony w padający śnieg, w sznur wlekących się aut, nie mógł nadziwić się, co go napadło. Jaka opanowała go brednia. Miał czas.

Postanowił zadzwonić do domu, ale ledwie wziął do ręki telefon, ten nagle zadzwonił. Nieznany, nieopisany w kontaktach numer. Był pewny, że ktoś w interesach. Najpewniej jakiś wspólnik wspólnika którejś ze stron niedopiętego kontraktu. Nie było dnia, by ktoś taki nie dzwonił. Przestał notować w pamięci telefonu ich numery, choćby dlatego, że większość nie miała zwyczaju się przedstawiać. Tym razem dzwoniła ona.

- Widzisz, mówiłam ci, że sama cię znajdę. To wcale nie jest trudne! – Od razu poznał ją po głosie, ale był tak zaskoczony, że zapytał idiotycznie:

- To ty?

- Tak, mój słodki.

- Dlaczego mnie oszukałaś, że tam mieszkasz. Pojechałem dzisiaj... – zaczął niepewnie.

- Wcale cię nie oszukałam. Co ty mówisz? Po prostu źle szukałeś, nie patrzyłeś w odpowiednią stronę. Między nami mówiąc śmiesznie wyglądałeś, niczym pan na włościach, który ocenia straty, albo zyski. Jakby te pustki były twoją własnością.

- Co ty opowiadasz? Co ty...

- Ale się wystraszyłeś, kiedy drzwiczki zaczęły się zamykać. Przyznaj, że się bałeś. Zresztą nic w tym dziwnego, to straszne miejsce.

Zaniemówił. Musiała obserwować go przez lornetkę. Po co? Skąd się tam wzięła? Nacisnął klawisz, by się rozłączyć, ale ona mówiła dalej. Przycisnął ponownie i jeszcze raz. Cichy, dziewczęcy śmiech wypełnił samochód. Uniósł telefon. Przestała chichotać i zapadła cisza. Popatrzył na wyświetlacz. Połączenie trwało.

- Halo, halo... Jesteś tam? Czego chcesz ode mnie?

- Ja od ciebie? Czego ja mogę chcieć od ciebie? Ty chciałeś mnie zwabić, kupiłeś nędzny bukiet za pięć dych, żeby mnie pokryć, ale to ja znalazłam cię pierwsza... i wiesz co, jestem z tego cholernie zadowolona.

- Kim ty jesteś, czego chcesz?

- Każdemu, co mu się należy! Znasz to? Każdemu, co mu się należy – syknęła. Już się nie śmiała, o nie! W jej głosie było coś więcej niż gniew, czy nienawiść. Nie potrafił znaleźć właściwego słowa.

- Odpieprz się – krzyknął, ale połączenie zostało przerwane.

Otarł twarz z potu. Kolejny raz tego dnia musiał się uspokajać. Wariatka, jakaś cholerna wariatka stanęła na jego drodze. Drżącymi palcami zapisał numer w pamięci telefonu pod hasłem „wariatka” zastanawiając się, czy takie sprawy zgłasza się policji. Bzdura! Przypomniał sobie o porannym, kompromitującym alarmie, jaki podniósł z powodu kilku parszywych kundli.

Fakt, że go odnalazła akurat niespecjalnie go dziwił. Zarejestrowany na firmę samochód, strona internetowa z numerem telefonu, ale były pewnie i inne sposoby. Dziwne było pytanie o cel jej zabiegów. Coś związanego z biznesem? Nic nie przychodziło mu do głowy. Szantaż z powodu parszywej Suni? Za mały kaliber sprawy, choć był prawie pewny, że dziewczyna wiedziała, co zrobił. Ostatnie czego potrzebował, to ktoś rozgłaszający, że sympatyczny, młody biznesmen prowadzący milionowe transakcje ma zwyczaj przywiązywać biedne małe suczki do drzew, by zdechły w męczarniach, razem ze swoimi słodkimi szczeniakami. To nie był, przy dzisiejszym nastawieniu ludzi mały kaliber sprawy. Nawet jego wspólnik, uświadomił sobie, ciągle ględził o tym swoim Astorze.

- Ale narobiłem! – powiedział na głos. – A mogłem wsadzić francę do worka i utopić w cholernej Wiśle – pożałował.

W końcu zadzwonił do domu. Nie miał w zasadzie powodu, ale chciał usłyszeć głos Kamili, choćby po to, by rozeznać, czy wariatka nie zadzwoniła czasem i do niej. To było możliwe. Odebrał Robercik. Przywitał się z synkiem i poprosił, by oddał słuchawkę mamie.

- Mamusia nie może rozmawiać, bo przyszła pani i rozmawiają.

- To zanieś słuchawkę i grzecznie przeproś, bo mam do mamy sprawę.

- Nie mogę, bo są na dworze, a ja jestem przeziębiony.

- To poproś Dawida. Dobrze, kochanie?

- Nie mogę, bo z Arturem lepią bałwana na dworze, a ja nie mogę wychodzić, bo mam chore gardło.

- W takim razie powiedz mamusi, że za godzinę przyjadę. I niech oddzwoni, to po drodze zrobię zakupy. Będziesz pamiętał?

- Nie mogę powiedzieć, bo mamusia płakała i powiedziała, że nie wrócisz.

- Co? – głos uwiązł mu w gardle.

- Bo ta pani jest z policji tatusiu.

- Z jakiej policji, co ty wymyślasz?

- Z normalnej, z policyjnej.

Powtórzył jeszcze raz, że zaraz wróci i przerwał połączenie.

* * *

Kamila nie oddzwoniła, ale gdy dotarł do domu, prawie całkowicie się uspokoił. Ich dom był ostatni w szeregu i na przyprószonym świeżym śniegiem asfalcie nie było śladów kół, ani też żadnych odcisków butów, świadczących o wizycie „pani z policyjnej policji”. Malec sobie wymyślił. Bywa i tak. Nie wprowadzał auta do garażu, bo któreś z nich musiało skoczyć jeszcze po ryby na wigilijną kolację. Na trawniku pysznił się spory bałwan. Bardzo przepisowy, z nosem marchewką, buraczanymi ustami i guzikami z prawdziwych guzików.

Zamknął pilotem bramę i cofnął się, żeby zabrać plik reklam niechlujnie wetknięty do skrzynki na listy. Z bukietem róż w dłoni wszedł na ganek otrzepując wilgotny śnieg z butów.

- Wróciłem! Halo, gdzie jesteście? – zawołał, zmuszając się do nadania swojemu głosowi beztroskiego tonu.

W salonie grał telewizor, ale nikt nie odpowiedział. Położył bukiet na szafce, zdjął kurtkę i pochylił się, by rozsznurować buty. Sznurowadła były mokre, nieprzyjemne w dotyku. Pomyślał, że chłopcy lepią pewnie drugiego bałwana w ogrodzie a Robert ogląda ich poczynania przez okno.

- Robert, mały cwaniaku, gdzie się schowałeś? – rzucił od niechcenia.

Na piętrze coś ciężkiego upadło na podłogę. W skarpetach przeszedł przez opuszczony salon. Na wielkim panoramicznym ekranie lwy szarpały wciąż żyjącą zebrę. Na błyszczące lakierem schody ktoś naniósł z dworu mokrego śniegu. Wbiegł na piętro, poruszony nagłym niepokojem.

- ... tym razem rodzina lwów miała więcej szczęścia – powiedział spiker za jego plecami.

- W przeciwieństwie do ciebie! – powiedziała dziewczyna.

Stała zupełnie naga, oparta o ścianę korytarza i bawiła się jego myśliwskim nożem. Widział wszystko tak dokładnie, każdy najdrobniejszy szczegół mógł rozpatrzeć, przeanalizować z niezwykłą, nieludzką ostrością, ale jednocześnie nie potrafił rozszyfrować sensu tego co widział. Ostrze noża lśniło w bladym świetle zimowego dnia, wpadającym przez owalne, uchylone teraz okno.

Rzucił się na nią, wyrwał nóż, odrzucił pod okno i uderzył pięścią w jej twarz tak mocno, że zaciśnięta dłoń eksplodowała bólem. Głowa dziewczyny odskoczyła gwałtownie, ale ona sama nawet nie drgnęła, nie osunęła się na ziemię, tylko zaczęła się śmiać. Uderzył ponownie i przygniótł ją do ściany.

- Co zrobiłaś? Co zrobiłaś? – ryczał.

- Masz na mnie ochotę? – śmiała się. Drobinki jej śliny spryskały mu twarz.

Złapał ją za włosy i dwa razy uderzył z całej siły jej twarzą o ścianę. Bez skutku. Śmiała się i mówiła jednocześnie. – To sen, to cholerny sen – pomyślał.

- Mówiłam ci przecież, że każdy dostanie to, co mu się należy! Każdy! Czas pokory się skończył. – Wyrwała się z łatwością i odepchnęła go z taką mocą, że odbił się o przeciwną ścianę korytarza. Nim zdążył zareagować podniosła go tak łatwo, jakby był cholernym dzieckiem i cisnęła na podłogę. Stracił przytomność.

Ocknął się w ciemności. Nie był skrępowany, siedział w fotelu. Spróbował się podnieść, chciał się poderwać, ale ból był nie do zniesienia. Zagryzł wargi i powoli zaczął wstawać. Okazało się, że stała za wezgłowiem i z powrotem wcisnęła go między poręcze. Jeszcze wyraźniej odczuł jej moc. W jej drobnych z pozoru dłoniach był jak szmaciana lalka.

- Straciłeś przytomność i minęło wiele godzin, zapadła noc, ale teraz musisz się skoncentrować, bo chodzi o życie twoich synów – powiedziała.

- Co zrobiłaś, co ty...

- Nie muszę ci tego mówić, ale powiem, żeby cię uspokoić. Twoja żona odeszła. Powiedziałam jej wszystko o tobie. Nie miała wyboru. Kto chciałby żyć pod jednym dachem z potworem? Pozwoliłam zabrać jej najmilszego chłopca. Uznałam, że jego miejsce jest przy matce. Możesz to przyjąć jako gest dobrej woli z mojej strony.

Zgroza sparaliżowała go do tego stopnia, że nie mógł wykrztusić z siebie żadnego więcej pytania i na chwilę zapadła cisza. Wtedy usłyszał stłumione, dochodzące zza ściany jęki.

- To twoi dwaj pozostali synowie. Żyją, ale nie wiem, jak długo wytrzymają. To dobrzy chłopcy, nie zrobiłam im krzywdy. Może myślą, że to zabawa w wiązanie i kneblowanie? Dzieci mają swoje fantazje. Moje też miały. Wyobrażasz to sobie? Nie odeszły ode mnie, a zżerałam je jedno po drugim. Matka to matka, prawda? – Głos kobiety dochodził zza pleców, zza oparcia fotela, w którym tkwił.

Odszukała w ciemności jego dłoń i wetknęła w nią kubek. Przełamując ból i pomagając sobie drugą ręką udało mu się unieść go do ust i napić się. Płyn był letni, obrzydliwy, słono kwaśny, mdły. Kubek wypadł mu z ręki i jego zawartość chlusnęła na kolana.

- Oj, świntuszku, świntuszku. To tylko woda z krwią. Zaraz włączę światło i zobaczysz, co narobiłeś. Tylko się trochę ogarnę, bo mógłbyś się przerazić, a tego nie chcę.

Krzątała się przez chwilę w ciemności, ale choć próbował, nie był w stanie się podnieść. Wyciągnął przed siebie prawą rękę i dotknął ściany. Wtedy zapaliła lampkę stojącą na biurku pod oknem. Chciał się odwrócić, wychylić, by spojrzeć, ale wtedy poderwała go w górę razem z fotelem i zaniosła na środek pokoju. Niesiony w powietrzu z taką łatwością, jakby nic nie ważył, ze strachu zamknął oczy. Zakręciła nim jak bąkiem powtarzając: ... i frr poleciała!

Gdy skończyła zabawę w sroczkę gotującą jagiełki, uderzyła go w twarz. Znowu poczuł smak krwi w ustach i by uniknąć kolejnego ciosu, otworzył oczy.

Pod ścianą leżała Kamila, przykryta wyrzuconymi z komody ręcznikami, spod których na jasny parkiet wyciekła i zakrzepła krew. Przed nim stał stolik zabrany z pokoju chłopców, na którego blacie majaczył cień pętli. Uniósł wzrok. Pętla zastąpiła żyrandol. O mało nie zwymiotował, zakręciło mu się w głowie.

- Tylko mi tu nie mdlej! – warknęła.

- Gdzie jest mój syn? Jezu!

- Zaraz go zobaczysz.

Wreszcie wyszła zza fotela i ujrzał ją taką, jaka była w rzeczywistości. Częściowo pokryta sierścią, z pyskiem ociekającym śliną, który pomimo potwornego zniekształcenia nadal był ludzką twarzą. Gruzłowate mięśnie kończyn, sposób w jaki się poruszała, prostując się i kucając. Widok był nie do zniesienia. Zwymiotował na własną pierś nawet nie próbując odwrócić głowy.

- Już nie jestem piękna, na razie nie jestem piękna – zaśmiała się.

Jej głos nadal był głosem młodej dziewczyny. Gdyby mógł zamknąć oczy... W tej chwili stać go było tylko na bezgłośne poruszenie ustami.

- Jeszcze chwilą, a będzie po wszystkim. Wiem, że to prawdziwa próba charakteru, ale to tylko kawałek surowego mięsa. Jeśli zjesz, ocalisz siebie i swoich synów. Proste, prawda? Odejdę wtedy, po prostu odejdę. Natychmiast odejdę, a ty jakoś się dowleczesz, uwolnisz ich, sama wezwą pomoc, obiecuję.

Na białym talerzu kawałek mięsa. Starannie wykrojony. Tylko trochę większy niż kostka do gry. Obok odrobina buraczków z chrzanem.

- To bardzo delikatne mięso. Dlatego wybrałam Robusia. Tak na niego mówiłeś, prawda?

Stracił przytomność. Jeszcze dwukrotnie ją odzyskiwał. Raz, gdy poczuł w ustach surowe mięso. Walczył z całych sił, próbując wypluć, zacisnąć zęby. W końcu spróbował ją ugryźć, a wtedy to się stało. Połknął potworny kęs i znowu zapadł w ciemność.

Jeszcze raz powrócił do przytomności. Już z pętlą na szyi. Teraz nie czuł bólu i widział wszystko z krystaliczną czystością. Przez chwilę. Kudłaty potwór podtrzymywał go na taborecie w wyprostowanej pozycji. Ohydny łeb niknął między jego udami. Pod ścianą leżeli jego martwi synowie. Już nawet nie czuł rozpaczy. Nic nie czuł.

- Każdemu, co mu się należy – wychrypiał stwór i pozwolił mu wreszcie umrzeć.

* * *

Dom był zamknięty od środka. Pies wył całą noc i w końcu sąsiadka zadzwoniła do matki mordercy, a ta po daremnych próbach sforsowania drzwi wezwała nas. Na miejscu byliśmy przed dziesiątą. Drzwi, jak się później okazało, były zabarykadowane od wewnątrz. Weszliśmy oknem. To, co zastaliśmy na piętrze... Cóż, nędznym truizmem byłoby stwierdzenie, że ani ja, ani nikt z ekipy nie widział nigdy wcześniej niczego podobnego.

Żadnego śladu udziału osób trzecich, odcisków palców. Szaleństwo. Trwające kilkanaście godzin szaleństwo. Orgia potworności. I żadnych motywów. Dobrze sytuowani, spokojni. Jego wspólnik co prawda opowiadał o niesnaskach, ale nie znał żadnych konkretnych powodów. On czuł się odepchnięty. Nic więcej. Żaden powód, by wymordować rodzinę i zmienić się w kanibala, pożerającego serce własnego syna. Tak wówczas sądziłem, dbając by najstraszniejsze szczegóły nie przedostały się do mediów. Oczywiście bezskutecznie.

Jej matka twierdziła, że przyczyną niesnasek był pies. Córka podejrzewała, że mąż wywiózł i porzucił sukę razem ze szczeniętami, co bardzo ją wzburzyło, ale suczka najwyraźniej się odnalazła.

W czasie, gdy dopełniała się zbrodnia była zamknięta w sypialni na parterze. Poza tym pokojem, nigdzie nie znaleźliśmy jej śladów. To taki mały płowy kundelek. Nakarmiłem ją wędliną z lodówki, a że nikt z rodziny nie chciał jej zabrać, przyjechali po nią ze schroniska.

Wyjątkowo, co podkreślili, zupełnie tak, jakby policja na co dzień szafowała psami. Suczka była bardzo grzeczna i pomyślałem, że być może zbliżające się święta Bożego Narodzenia okażą się dla niej szczęśliwe, że ktoś ją przygarnie.

Tamtego dnia wróciłem do domu późną nocą. Byłem potwornie zmęczony. Nie chciało mi się nawet napalić w centralnym. Nalałem sobie pół szklanki wódki, doprawiłem sokiem pomarańczowym i siedziałem gapiąc się na telewizję. W domu nie było nawet zbyt zimno.

Pod choinką ułożyłem prezenty dla chłopców, bo drugi dzień świąt mieli spędzić ze mną. Księżyc świecił jasno. Pamiętam, że decyzję podjąłem patrząc przez okno na pokryty grubą warstwą śniegu ogródek warzywny. Byłem pewny, że chłopcy się ucieszą, a weekendowe wizyty u taty będą weselsze i mocniej przez nich oczekiwane. Nie ukrywam, że chodziło i o mnie, o tę przeklętą ciszę, która witała mnie popołudniami i żegnała, gdy wychodziłem rano.

* * *

I chłopcy byli szczęśliwi. Śmiechom i zabawie nie było końca. Sunia okazała się świetnym towarzyszem zabaw i za każdym razem, gdy wracają do mamy, mam wrażenie, że bardziej tęsknią za nią, niż za mną.

Nawet teraz, gdy wszystko wiem, gdy wszystko co miała do opowiedzenia, opowiedziała, nie mogę zdobyć się na jej potępienie.

- Kocham cię – mówi gładząc mnie wąską delikatną dłonią po policzku. Jej brązowe oczy błyszczą w półmroku.

Przestałem pytać, rozdrapywać rany. Jest mi potrzebna, a ja jej.

- Nigdy cię nie skrzywdzę – mówię.

- Gdy nadejdzie wiosna, pobiegniemy na łąki, daleko przed siebie, w nieskończoność – odpowiada, a w jej głosie słyszę niekłamaną radość.

Ona w to wierzy, a ja nie mam przecież żadnego wyboru. Muszę być jej wierny do końca, jak przystało na najlepszego przyjaciela.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



tagi: psy słodkie 

Jacek-Jarecki
30 sierpnia 2017 14:14
24     1819    6 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Czepiak1966 @Jacek-Jarecki
30 sierpnia 2017 16:43

"Ptaki" Hitchcoka to pikuś. Gratulacje.

Ciekawe, czy Coryllus by to wydał...

zaloguj się by móc komentować

wierzacy-sceptyk @Jacek-Jarecki
30 sierpnia 2017 16:54

To opowiadanie już kiedyś czytałem.

Nie znoszę twoich opowiadań, niektórych.

Nie znoszę też niektórych opowieści Toyaha.

Ale tak dobrze piszesz, Ty i Toyah że nie mogę się powstrzymać od czytania.

A potem jest tak że jak coś się przeczyta to nie da się odprzeczytać.

zaloguj się by móc komentować

Jacek-Jarecki @wierzacy-sceptyk 30 sierpnia 2017 16:54
30 sierpnia 2017 17:09

Sam nie mogę. Czytałeś, owszem, ale ja ciągle poprawiam, bo to dla meni nadal brudnopis.

I takie rzeczy się ciągle dzieją. Dosłownie! Koło mnie, na cztery adresy, dwa pieski znalezione w lesie, przy drzewach, uwiązane przez Nie człowieka.

zaloguj się by móc komentować

Jacek-Jarecki @Czepiak1966 30 sierpnia 2017 16:43
30 sierpnia 2017 17:10

Coryllus nie wydaje tekstów znalezionych na internetowym śmietniku. I słusznie!

zaloguj się by móc komentować

gabriel-maciejewski @Jacek-Jarecki 30 sierpnia 2017 17:10
30 sierpnia 2017 17:14

Nie wydaję, bo nie umiałbym sprzedać. Nie mam wejścia na rynek beletrystyki. Nie dysponuję siecią księgarni

zaloguj się by móc komentować

Marcin-Maciej @Jacek-Jarecki
30 sierpnia 2017 17:15

Zapada w pamięć. Pozdrawiam.

zaloguj się by móc komentować

Czepiak1966 @wierzacy-sceptyk 30 sierpnia 2017 16:54
30 sierpnia 2017 17:38

Otóż obydwaj źle piszą -  na poziomie Doroty Masłowskiej.

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @Jacek-Jarecki
30 sierpnia 2017 18:11

Zaczynam się ciebie bać. Nieco.

zaloguj się by móc komentować

Jacek-Jarecki @Czepiak1966 30 sierpnia 2017 17:38
30 sierpnia 2017 18:21

To prawda! Ja piszę poniżej poziomu masła, ale o Osiejuku nic nie wiem.

zaloguj się by móc komentować

Jacek-Jarecki @Grzeralts 30 sierpnia 2017 18:11
30 sierpnia 2017 18:22

Kpisz?

Spadaj.

Mnie na niczym już nie zależy. Wstydzę się pisać, nawet bez waszych komentarzy.

zaloguj się by móc komentować

Jacek-Jarecki @gabriel-maciejewski 30 sierpnia 2017 17:14
30 sierpnia 2017 18:23

Ale mogę dodawać jakieś teksty. gdy mnie ta francowata delirka puści?

zaloguj się by móc komentować

Jacek-Jarecki @gabriel-maciejewski 30 sierpnia 2017 17:14
30 sierpnia 2017 18:50

Oczywiście żartowałem z tą delirką. Od miesięcy siedzę cicho a skromnie. 

Ja się wstydzę nawet wkleić tekst, odpowiedzieć na komentarz, czy, w ogóle, głos zabrać w jakiejś dyskusji. Czuję, że się narzucam. 

Jedno Twoje słowo, a zniknę.

zaloguj się by móc komentować


gabriel-maciejewski @Jacek-Jarecki 30 sierpnia 2017 18:50
30 sierpnia 2017 19:23

Chyba głupi jesteś, po co masz znikać...

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @Jacek-Jarecki 30 sierpnia 2017 18:22
30 sierpnia 2017 20:38

No chyba nie napisałeś tego, żebyśmy się pośmiali. Ciary solidne. Klimat jak z Fargo.

W sumie to nie wiem, czy wolę twoje straszne opowieści, czy humor a'la Amazonia.

zaloguj się by móc komentować

chlor @Jacek-Jarecki
30 sierpnia 2017 22:12

Opowiadanie przypomina niektóre opowiadania Stephena Kinga. Te lepsze. Nie treścią rzecz jasna. Jest całkiem dobre, pisz dalej, jesteś jednym z najlepszych w tej branży.

zaloguj się by móc komentować

Rozalia @Jacek-Jarecki
30 sierpnia 2017 23:43

Strrrraszne. Dzisiaj będę spała z misiem. 

Ale opowiadanie świetne.

zaloguj się by móc komentować

betacool @Jacek-Jarecki
31 sierpnia 2017 00:13

Nie cierpię czytać tekstów, przy czytaniu których cierpię, ale nie mogę przestać czytać...

 

 

zaloguj się by móc komentować

Jacek-Jarecki @gabriel-maciejewski 30 sierpnia 2017 19:23
31 sierpnia 2017 08:41

Że jestem głupi, wiem sam z siebie. Mam taką samoświadomość.

zaloguj się by móc komentować

Jacek-Jarecki @betacool 31 sierpnia 2017 00:13
31 sierpnia 2017 08:43

To wystaw sobie, jak to jest z pisaniem. Też, prawda, nie bułka z masłem i dżemem. 

zaloguj się by móc komentować

Jacek-Jarecki @Grzeralts 30 sierpnia 2017 20:38
31 sierpnia 2017 08:45

Następnym razem wkleję coś weselszego. Może o końcu świata? 

zaloguj się by móc komentować

Jacek-Jarecki @chlor 30 sierpnia 2017 22:12
31 sierpnia 2017 08:46

Wiem, ale to tajemnica i taką pozostanie.  

zaloguj się by móc komentować


ainolatak @Jacek-Jarecki
31 sierpnia 2017 11:28

proszę nie przestawać wklejać

są tacy, którzy nie potrafią tak dobrze napisać, a z nienawiści czytają...

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować